zaskoczona zaskoczeniem

zanim pojawiła się w moim brzuchu grudka, która w błyskawicznym czasie stała się małym facecikiem i niebawem pojawi się w pełnej krasie „outside”, wiele tematów było dosyć abstrakcyjnych. to, że się tyje wydawało się naturalne i obowiązkowe, choć nie spodziewałam się, jak niewielki w sumie wpływ ma się na ten proces… to, że zmienia się sylwetka, też wydawało się dosyć oczywiste ale zaskoczyło mnie, jak to się dzieje: że wcale nie tylko brzuszek, a właściwie że brzuszek to na końcu itp. 

co mnie zaskakuje ciągle i nieustająco? to, że zadbany i fantazyjny wygląd kobiety w zaawansowanej ciąży jest dla większości ludzi zaskakujący! mam wrażenie, że w momencie, gdy kobieta informuje świat, że jest w ciąży, nagle zmienia się jej status: to już nie kobieta ale nośnik, matryca, inkubator, wylęgarnia… przestaje w mniemaniu otoczenia mieć zwykłe egoistyczne potrzeby, jak chęć bycia sexy i podobania się samej sobie a zamienia się w twór z założenia skupiony wyłącznie na trosce o przyszłego potomka. przez kilka miesięcy wszystko kręci się wokół małego gnomka, który kiełkuje: dieta, ograniczenia różnych przyjemnostek doczesnych, senność, zmiana ogólna trybu życia, wydolność raczej opadająca, nieustające wizyty u lekarzy, ciągła czujność czy boli mnie bo tak powinno, czy coś jest nie halo itp… i to jest w gruncie rzeczy zupełnie fajne, choć tak rewolucyjne i nowe… ale…
ale pozostaje wciąż ta płaszczyzna, która towarzyszyła przez lat 20 czy 30: jestem sobą przede wszystkim i lubię siebie jak dotychczas! lubię kosmetyki, lubię ciuchy, lubię swoje przyzwyczajenia, kolory, ekscentryczność, oryginalność, białe podłogi, dziwne buty i tysiąc innych rzeczy, które lubiłam zanim pojawił się kiełek…
no i zbliżając się do pointy: ciąża nie odbiera prawa do „wyglądania”. ten straszliwy stereotyp, że kobieta w ciąży nosi na sobie worek w kwiatki i rozdeptane buty, nie chodzi do fryzjera bo to szkodzi dziecku, nie używa kosmetyków bo to szkodzi dziecku, nie dba o inne aspekty higieniczno kosmetyczne bo albo to szkodzi dziecku albo jej się nie chce… to smutne, bo stereotyp jak to zwykle z nimi bywa, wyrósł na konkretnych przykładach i wciąż niestety się utrwala…
a ja zastanawiam się czy jestem zaskoczona coraz bardziej czy coraz mniej, gdy ktoś jest zaskoczony, że mimo ciąży można wyglądać po prostu normalnie…


14 komentarzy:

Studio Mody pisze...

moim zdaniem najgorszy problem to farbowanie włosów w ciazy
bo jedni mowia ze mozna drudzy ze nie
a po 30 stce to juz troche siwych włosów jest:)

V i n t i pisze...

ja się farbowaniem włosów nie przejmuję - gdzieś w necie czytałam, że to nie ma żaaaadnego wpływu na dziecko - farbuję włosy raz w miesiącu, tak jak wtedy, gdy ciężarną nie byłam :)

nie palę, nie naroktyzuję się, a raz na 3 tygodnie wypiję małe słabe piwko lub pół lampki Martini i uważam, że jestem normalną matką w ciąży

a co do treści posta - to zgadzam się w całej rozciągłości!

pozdrawiam :)

agakry pisze...

lekarz mi powiedział na pytanie o fryzjera, że równie dobrze mogłabym sądzić, że zaszkodzi mi malowanie paznokci :)
aż tak mi ciąża mózgu nie wyprostowała :)

asiu pisze...

A ja nie farbowałam, sama zresztą nie wiem czemu:) Przynajmniej przypomniałam sobie, jaki mam naturalny kolor włosów;) No i zobaczyłam, że o zgrozo pierwszy siwy włos mi się rzucił hehe:) Ale w przyszłej ciąży raczej już nie dam rady wrócić do naturalnych. A alkoholu nie tknęłam ani kropelki od ponad roku, bo karmię piersią i w ogóle jakoś ani trochę nie mam ochoty na trunki wyskokowe. A co do wyglądu kobiet w ciąży, to z tego co obserwuję mało która kobieta nie dba teraz o siebie. To samo się tyczy młodych matek. Przynajmniej u mnie na dzielni wszystkie młode mamusie są zadbane, większość z delikatnym makijażem na spacerek wychodzi itd. Więc najwyższy czas zapomnieć o stereotypie zapuszczonej matki polki...

Anonimowy pisze...

Ja również nie widuję zaniedbanych dziewczyn w ciąży.
I mnóstwo ubiera się nie dla ciąży, a dla siebie!
Fajne,zadbane,roześmiane choć często zabiegane...

agakry pisze...

oczywiście, że zmiany następują! na szczęście!!!
wśród swoich koleżanek też miałam same fajniusie mamusie ale już w przychodni czy u lekarza widuję takie smutne namiotówki...

BiG SiS pisze...

nigdy się z tym nie spotkałam, ale też u mnie jest troszeczkę inna sytuacja, gdyż mieszkam na wyspach; nie wiem czy się orientujecie, ale tutaj średnia wieku matek stale spada... za wysokie benefity i społeczeństwo leniwieje niestety.. w każdym razie jako 25 letnia kobieta jestem niemalże osamotniona w swojej pierwszej ciąży...

Alcyna pisze...

Utarło się, że ciąża to chodzenie w namiotach, bo po prostu przez wiele lat kobiety były skazane na takie dziwadła w ciąży.
A zaniedbanie... sama nie wiem. Wiem jedno, jeszcze 5 lat temu w szkole rodzenia budziłam zdziwienie innych przyszłych mam tym, że noszę obcisłą sukienkę, albo krótką spódniczkę :OO
Dla mnie za to było dziwne to, że jako jedyna z całej grupy byłam na wszystkich zajęciach gimnastycznych i jako jedyna wykonywałam je wszystkie. O co tu chodzi?? Inkubator na serio ma być statyczny, a każdy ruch poza pójściem do toalety, ew. wyprasowaniem ubranek dla trutnia jest wyzwaniem??

Evelio pisze...

Coś w tym jest...cały czas mam przed oczami dziewczyny, które czekały ze mną na glukozę. Wtedy egoistycznie pomyślałam, że świetnie się trzymam, bo one wyglądały tak jakoś...mizernie. Jaki jest mój wniosek? Ciąża szybko weryfikuje nasze podejście do dbania o siebie. Jeżeli nie udajesz, jesteś fajna sama dla siebie i dbasz o swój wygląd i psychikę bo tak, a nie dla kogoś to przetrwasz w tym stanie nawet ciążę. Kobiety, które udają i się zmuszają w ciąży sobie totalnie odpuszczają...bo mają usprawiedliwienie!

Anonimowy pisze...

A może, to ma zwiazek ze spadkiem libido w ciąży?
Ciężarówki nie chca sie podobać swoim mężom, bo relacja męsko-damska ich już nie kręci?

Mamuśka-Martuśka pisze...

Bycia inkubatorem doznałam w pierwszym tygodniu, kiedy odkryłam ciążę;-) i zaczęły sie doradzanki przyjaciółek, mam, cioć itd.
1.Papierosy. Byłam namietną wypalaczką papierosów. Rzuciłam pierwszego dnia. BOLAŁO...
2. Serów pleśnowych nie można.
3. Czerwonego wina nie można.
4. Tabletki przeciwbólowej nie można.
5. Pomelanżować w weekend nie można.
6. Spuchniętego brzuchola ukryć nie można...
7. Złota na skórze złapać nie można.

Itd.

Ale szybko wyrzuciłam ten inkubator z głowy i zaczęłam skupiać się nad tym, co jeszcze można. A można nadal dużo.Pomijając, że wiele zakazów jest mitem,z bebzolem też można być sobą.
Ja widuję dużo inkubatorów i namiotów.Podobnie jak widuję dużo zaniedbanych kobiet nie - w ciąży. Pogląd mam prosty - zaniedbana jeszcze nie-mama = zaniedbana przyszła mama = zaniedbana mama z 30kg nadwagi pociążowej.

agakry pisze...

@Mamuśka - święte słowa - to wszystko musi być wewnętrzną potrzebą kobiety - a co do winka, melanżu i pleśniaków to już niebawem sobie pofolgujemy :)

Anonimowy pisze...

bardzo mi sie podobalas w tych włsach jakie masz na zdjęciu na banerze/nagłówku ;)

nurka pisze...

Tak jak ciebie okrutnie mnie irytowało to nasze społeczne naznaczenie, byłam wkurzona, że brzuch dyktuje mi warunki jak mam wyglądać i jak mam się zachowywać. Farbowałam włosy i chodziłam na imprezy, co prawda robiłam potem za szofera ale zawsze to coś :) Nie podobało mi się bycie wielką kwoką, starałam ubierać się kobieco i zabawnie, nigdy przenigdy nie założyłam gigantycznych ogrodniczek ani sukienki worka. Pocieszałam się pięknym dekoltem, który był obiektem zazdrości koleżanek w owym czasie :)