po konkursie

przepraszam za taki przestój. podróże trochę się przedłużyły... 
zwycięski wpis już wybrany ale jest problem... nie mamy maila do osoby, która wygrała! :(((
proszę o sygnał (maila) od Magdy - autorki historyjki kisielowej :)
mam nadzieję, że uda nam się bezproblemowo domknąć temat. 
:) 

konkurs śliniakowy

Zaledwie kilka dni chodziłam do przedszkola a do dziś pamiętam straszny zapach kanapek z pastą szprotkową i koleżankę, która nienawidziła mleka do tego stopnia, że na zawołanie krztusiła się nim na tyle skutecznie, że płynęło nosem i w panice odpuszczano jej resztę kubka.  Z dzieciństwa pamiętam smak przecieranego pomidorka, którego cierpliwie robiła mi babcia, smak białego sera na wsi i przerażenie na myśl, że mam zjeść gotowaną marchewkę. Wspomnienia są wyraźne, aromatyczne, kolorowe. Jakie są Wasze najwcześniejsze wspomnienia talerzowe? Macie traumę szpinakową albo nadal dreszcze na widok tłustych ok w rosole?
Na najdowcipniejszego autora czeka jeden ze śliniaków z oferty www.bibabu.pl (aby wziąć udział w konkursie należy polubić na fcb i zostawić swój wpis poniżej). 
Konkurs trwa do 21.03. 



koko

w tym magicznym miejscu małe dzieci uczą się komunikować z dorosłymi na długo zanim nauczą się mówić. tu się miga! 
a przy tym się śpiewa, czyta i rozmawia. tu się słucha bajek, tu się dotyka i sprawdza. tu się wchodzi po miękkich schodach i zagląda do tunelu. gra na marakasach, jajkach i klekoczącym krokodylu. w kolorowych butelkach kryją się skarby. pod sufitem mieszkają ptaszki. można być kowbojem na koniu albo reniferem z dzwonkiem. można się kimnąć i nikt się nie obrazi. magiczna niebieska maszynka puszcza bańki mydlane i można lizać podłogę. tu rodzina słoni gra na bębnach i robi zastrzyki. i wszyscy są zadowoleni i uśmiechają się i rozumieją co, ktoś chciał przez coś powiedzieć, nawet jak nic nie powiedział  :)  lajkyt i S. też :) 

TUTAJ więcej w wywiadzie, który przeprowadziłam dla kobietnik.pl 









ssij, pij, łykaj, nie rozlewaj

O sprzęcie do picia tym razem. Znów doświadczeń mnóstwo bez sensu i gratów półka. Najpierw młody ciągnął tylko „z matki”, więc nie było tematu. Czasem dla rodzicielskiego zbytu dostawał wodę ze szklanki albo kubeczka i im bardziej dorosły był to sprzęt, tym lepiej mu szło. Łącznie z tym, że potrafił pić kilka łyczków ze szklanej butelki z gwinta, jak żul osiedlowy niemalże. Potem odstawił się od ssania i był szybki dramat, żeby jakaś smoczkowa butelka poszła. Udało się ale zapomniał za to, jak się kubka używa bo wodę też z butli doił… i zaczęła się polka galopka: co tu zaserwować za naczynie sprytne, żeby pić było najwygodniej i najlepiej?  Rady i porady z każdej strony i weź tu człowieku bądź mądry… 

bez wdawania się w detale poniżej opis stanu obecnego:

1.       Ikea żabka – omijać łukiem szerokim, chyba, że jako kubeczek na pędzelki i kredki. Cieknie każdą możliwą szczeliną i dopóki dziecko nie umie pić samodzielnie z normalnego kubka, nie wchodzi w grę. U nas na razie leży i się kurzy i pewnie nie wrócimy do niego bo nas rozczarował totalnie…
2.       Doidy  – wierzę, że jeszcze się przyda bo wszystkie argumenty racjonalne przemawiają za. No fajny design i ten plastik miły i lekki i kolor śliczny. Niestety S. zalewa się całkowicie, zachłystując się spektakularnie i gryzie kubek w dolny wystający element, zamiast z niego pić… hmmm…
3.       Tum tum – słomka jest boska do gryzienia i miętoszenia, ale żeby zasysać płyn to raczej śmieszne, jak mama to pokazuje jest OK, ale samemu „nie-e”… Prześliczny bidonik, ma okrągły kształt w środku więc, jak się picie kończy to faktycznie nic nie ma, bo spływa do końca wszystko. Jeszcze za wcześnie, choć co jakiś czas próbujemy bo obrazki kuszą a i poręczny bardzo do rączki małej.
4.       Hop pop  - cudny kubek co to niby nie kapie i uczy i ma przezroczysty kawałek, żeby było widać ile płynu… jasne… śliczny i milutki do trzymania, jak pić już się umie. Jeśli chodzi o człowieka niepijącego, doskonale potrafi słabe strony wykorzystać i nieszczelność wykazać. Cieknie… za dużo płynu się leje w dziób, więc następuje zalanie z podtopieniem. Też czeka na kolejne bardziej dojrzałe próby.
5.       MAM – pierwszy niekapek, z którego młody pociągnął i od razu wiedział, o co chodzi. Nie potrafię wytłumaczyć przyczyny. Ładny, poręczny, idealna objętość. Do tego ma nakrywkę, więc spoko do torebki można zapakować. Dopiero po tym niekapku S. skumał, że inne, które już miał wcześniej, działają na tej samej zasadzie. Woda wylewa się dopiero po intensywnym waleniu nim o podłogę, ewentualnie jak mama nie dokręci… :)
6.       Canpol – niekapek zaakceptowany dopiero po załapaniu metody spożycia na poprzednim modelu. Nie ma jak zabrać go do torby bo nie ma zatyczki i trochę przy wstrząsach cieknie (chyba, że zgubiłam i nie pamiętam). Boczne uchwyty może i wygodne dla dziecka ale nieporęczne przy zakręcaniu. Ogólnie spoko daje radę.
7.       Tommee T. – bidon za duży, za ciężki i na razie słomka o nieodgadniętym przez syna zastosowaniu. Czeka na kolejny etap rozwojowy.
Wyjdzie na to, że znowu ulegam marketingowej manipulacji, ale jak widać sporo przetestowałam metod nawadniania syna i MAM na tym etapie wypada najlepiej z Canpolem tuż na plecach. Nie próbowałam kubeczków 360 i jeszcze jest kilka patentów, które chętnie bym pomacała osobiście ale już chyba nie przy tym potomku :)  Mam nadzieję, że niebawem nauczy się pić nie tylko z niekapka bo jednak chciałabym już normalne naczynia w domu uruchomić... 


truskawka

odkrywanie i przyswajanie rzeczy oczywistych dla dorosłego to dla dziecka eksploracja nowych wszechświatów. nie wystarczy jednak, że wszystko wokół jest do odkrycia. niektórzy dorośli postanowili dziecku ubarwić dodatkowo wysiłek poznawczy i stworzyli "pomoce"... czasem patrzę na książeczki i obrazki, które w niczym nie przypominają swych naturalnych pierwowzorów, i zastanawiam się, jak dziecko ma rozpoznać zwierzątko, skoro nie zachowuje ono ani proporcji, ani kolorów, ani kształtów, ani nawet śladowego podobieństwa wobec przyrodniczej matrycy... czasem dorosłemu trudno rozpoznać narysowane w książeczkach dla dzieci stwory, które okazują się być zwyczajną krówką, króliczkiem czy kotkiem... 
z resztą o książeczkach to oddzielną książkę można napisać... 
tymczasem sama staram się pokazywać młodemu książeczki i opisane w nich obiekty możliwie szybko porównywać z odpowiednikami w realu. najłatwiej poszło z owocami: jabłuszka, cytrynki, pomarańcze, banany - wszystkie były w zasięgu. i jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy pierwsza rozpoznana została truskawka... hmmm... a widział ją tylko jako rozmrożoną breję... 
i weź tu człowieku edukuj kreatywnie :)))





julka i kulka

jak się ma rok i dni parę to się człowiek całkiem na legalu i oficjalnie łapie do grupy wiekowej od 1 do 5, nie? jako, że się łapiemy, to zaliczyliśmy teatr i spektakl z prawdziwego zdarzenia :) teatr małego widza :) no cudo!
julka robi sztuki z ciałem swym gimnastycznie po olimpijsku wygiętym a kulka turla się różowo, przykuwając uwagę. a do tego wiolonczela cudowne tło podrzuca i fabułę muzycznie opowiada. syn był wciągnięty maksymalnie. pierwszy rząd, siedzimy na podłodze, otwarty ryjek i skupienie 100%. byłam dumna bo mój potom wytrzymał - do końca wytrwał w zainteresowaniu, choć niektóre starsze dzieci głośno i wyraźnie protestowały. 
teatr małego widza ma swoje zasady - to młodość nieletnia jest najważniejsza, to dla nich są spektakle, to oni mają dobrze widzieć i bawić się bez skrępowania, można się pytać, można wyjaśniać, można nawet płakać i bez skrępowania okazywać emocje! a po spektaklu nawet można się bawić z aktorami na scenie :) 
na pewno wrócimy bo spektakli jest więcej...




a chwalić się będę

czasem sobie trzeba zrobić dobrze i jak ktoś człowieka doceni, to należy to światu całemu wszem i wobec głośno i wyraźnie. a jak jeszcze docenia ktoś, kogo się lubi, to szczególnie jest miło. gdyby więcej było takich wzajemnych bezinteresownych dopieszczań, to świat byłby sympatyczniejszy... 
a wstęp z okazji wyróżnienia BLOG TYGODNIA MAMABU  
dziękuję :) 


miarka

no już wiem! nie dawało mi spokoju i w końcu znalazłam :) 










http://www.nietylkodzieciaki.pl/2012/02/ale-szafa.html/szafa4

jeszcze będzie czas

gdy dziecko ma rok, rozumie bardzo dużo, ale jeszcze więcej nie rozumie. sztuką jest wspieranie dziecka w jego rozwoju i dostosowywanie się do jego tempa ogarniania świata. czasem łapię się na tym, że chciałabym bawić się w jakąś zabawę, która sprawi radość 3-4-latkowi ale dla mojego dziecka jest zbyt abstrakcyjna, wymaga koncentracji albo innych umiejętności, niż te które posiadło. dumna jestem z osiągnięć ale czasem zapędzam się w pułapkę, że skoro już udało się TO, można spróbować TAMTO...
ale otrzeźwia mnie i kubeł zimnej wody serwuje mi obserwacja otoczenia, w którym rodzice często lepiej bawią się od swoich dzieci "sprawiając im radość i wspierając ich rozwój". nie wrzucam wszystkich do jednego wora, nie chcę dotknąć nikogo, ale wychodzę z założenia, że jeszcze będzie czas na świadome i radosne przeżywanie przez moje dziecko kolejnych życiowych etapów i nie wtłaczam syna na siłę w role, których nie jest gotów pełnić i które nie mają sensu.
nie jeździ w tym roku na sankach, nie chodzi na bale przebierańców, nie był na kuligu, nie ma ipada z aplikacjami edukacyjnymi, nie czytam mu do snu Sienkiewicza, nie umie sam liczyć ani rozpoznawać zwierząt Afryki i Azji, i nie je sam metalowym widelcem... 

o zgrozo! jakże złymi ludźmi jesteśmy! S. nie będzie miał kinderbalu z okazji pierwszych urodzin! tak, w tym tygodniu trzaska roczek a my spotkamy się z dziadkami, zjemy ciastko i nie będzie balonów, klauna, kucyka, pani animatorki, malowania buzi, tłumu gości, biesiady weselnopodobnej... prezenty dostał kilka dni temu, ale tylko dlatego, że coś fajnego wpadło nam w oko a przy okazji wyczerpał się potencjał dotychczasowych książeczek. dostał i miał zabawę i radość i dlaczego miałam czekać do DATY, skoro mógł się bawić już? 

życzę wszystkim dzieciom, które kończą właśnie pierwszy rok swego życia, żeby nie pamiętały i żeby wybaczyły... 


PS. nie pamiętam, gdzie znalazłam podobną miarkę wzrostu, ale dziś szukałam i szukałam i nie mogłam wygrzebać, żeby podać adres inspiracji. w każdym razie gdzieś jest podobna, a tą zrobiłam na drzwiach do młodego :)
dziwne, ale S. na stojaka przy tej miarce jest mniejszy, niż jak go mierzy lekarz... hmmm... no i o co chodzi?




flanela i żądze

Ciało kobiety uwolnione od hormonalnych zobowiązań wobec potomka przyjemnie wraca do formy.
Etapy za nami: 1 - ciąża - zaliczony, 2 - połóg - odhaczone, 3 - karmienie - z bani, 4 - dezorientacja organizmu po skończeniu karmienia - za nami.
Etap w toku: 5 - wielki powrót samicy - bierz mnie samcze i prokreacyjne bachanalia rozpocznijmy bezzwłocznie! Nie żeby mi się nie podobało. Wręcz przeciwnie, dawno mi się podobało aż tak! Chuć wszak kwestia naturalna i z głębi trzewi wynikająca, zdrowa znaczy się, cywilizacją jej na siłę tłumić nie będę... 
Tylko, czy w takim momencie życia musi być minus 30? A w jaskini rozpusty flanela, bawełna, skarpeta frote i dodatkowy koc na kołdrze????
Wiosno! Wiesz, o co chodzi! No kaamaaan!!!!





gazeta czy co?

Można jeść pasztetową na gazecie a można kawior na Rosenthalu. Kwestia potrzeb i wyboru. Ale wybór świadomy to kwestia pewnej dojrzałości i sumy ludzkich doświadczeń. Jak się jest młodym rodzicem, to żadna suma doświadczeń własnych nie jest w stanie pomóc w wyborze, który chciałoby się nazwać świadomym. Na przykład wybór „zastawy stołowej” dla potomka nie jest tak banalną sprawą, jak mogłoby się wydawać. Ładne ma być, praktyczne, nietłukące, niespieralne w zmywarce, z bezpiecznych materiałów, nieprzesuwalne po blaciku, łatwo myjące, poręczne itd. itp. No i czym się taki rodzic kieruje, jak do sklepu pójdzie? Intuicja? Cena? Opinia sprzedawcy? No i miota się rodzic i nabywa i nabywa i nabywa a przestrzeń w domu obrasta i obrasta… niektóre gadżety sprawdzają się adekwatnie do ceny i są niezastąpione, inne odpadają błyskawicznie po crashtestach dziecięcych…

W sprawie dziecięcej zastawy doświadczenia mamy następujące. 
  1.  Jeden z pierwszych zakupów – zestaw TumTum – miseczka i talerzyk – śliczne, trwałe, pod spodem ogumowane więc się nie przemieszczają, dodatkowo mają wyprofilowane „Różki”, żeby uciekające jedzenie łatwiej było złapać na łyżeczkę. Faworyci na naszej liście.
  2.  Ikea – podstawowy zestaw plastikowy – idealne do szybkich przekąsek bez celebrowania, doskonałe do ręki rodzica – żadnych bajerów, w zmywarce jedna miseczka lekko zmieniła kształt :)
  3. Ikea – zestaw żabo-podobny – miseczka miała mieć przyssawkę, kupiona na etapie, gdy ręka dziecka lubi zrzucać i rozrzucać wszystko – niestety przyssawka kompletnie do bani, sama miseczka niezbyt wygodna, nic szczególnego.
  4. Krówka – melanina jakaś supermarketowa – gumka pod spodem, więc się nie ślizga, zmywarkę wytrzymuje, ale jakoś tak nie przepadamy za nią bez konkretnej przyczyny.
  5. Talerz Skip Hop -  tacka z przegródkami – ma potencjał więc go nie odrzucamy – na razie zaledwie kilka razy coś się łapką wygrzebywało i jadło ale na co dzień jeszcze za mało jemy aż tak zróżnicowanych posiłków. Stabilny trójdzielny talerzyk na bardzo wygodnej tacce antypoślizgowej z uchwytami na sztućce. Będzie idealny, gdy młody dorośnie do wspólnego stołu a nie krzesełka i do samodzielnego grzebania w obiedzie.
  6. MAM – miseczka z hermetyczną pokrywką i przyssawką – jedyna przyssawka, która działa bez zarzutu, nie ruszy się za Chiny, do tego ma w jednym miejscu głębsze dno więc ułatwia dokańczanie potraw i wygrzebywanie ich do ostatka J bardzo szczelnie zamyka się wieczko, na razie u nas nie ma to zastosowania ale niewątpliwie jest to zaleta np. w podróży czy podczas spaceru.
  7. Mebby - miseczka z pokrywką i przyssawką – pokrywka taka sobie, choć pomaga utrzymać temperaturę, przyssawka nawet nieźle działa, do tego uchwyt na sztućce.

Z powyższych polecam dla estetycznej i funkcjonalnej przyjemności – TumTum, MAM i za chwilę dla ciut starszego Skip Hop.  
Niebawem dalszy ciąg, tym razem o doświadczeniach z piciem…  :)   




o sypaniu się

Z reguły człowiek jest nieszczęśliwy bo się sypie. Czasem jednak człowiek się sypie, bo jest nieszczęśliwy. Moje ciało nigdy nie było i nie jest traktowane jak świątynia i daleko mi do filozoficznego uwielbienia i szacunku dla swojego organizmu. Nie jest to jednak bynajmniej zupełnie obcy mi temat. Jestem bowiem estetką i pustą egocentryczka,  w związku z czym, lustro jest moim najlepszym przyjacielem i wrogiem najpodlejszym zarazem. Dołują mnie zmarszczki, poruszają pryszcze, fałdka odbiera pewność siebie  a skóra zmęczona przez ciążę i kilka lat hedonizmu ją poprzedzającego odbiera humor. Równocześnie uskrzydla nowa para butów, kokieterię wyzwala sexy bielizna, nowa fryzura ujmuje lat a zgubione na siłowni centymetry nadmuchują samoocenę. Taka huśtawka jest chyba po babsku w miarę normalna. Wiem, jak dotkliwie stan ciała może determinować stan ducha...

Nie doświadczyłam jednak osobiście sytuacji odwrotnej, a od pewnego czasu z przerażeniem obserwuję, jak moja nieszczęśliwa przyjaciółka zapada się w swym ciele.  A właściwie, jak jej ciało zapada ją samą.
I nie chodzi o złe samopoczucie połączone z chandrą i zmęczeniem. Do gry wchodzą kolejni lekarze bardzo skomplikowanych specjalizacji, szpitale, badania, rezonanse, echa i wciąż przyczyny znaleźć nie można. Niby coś się pojawia, ale żeby aż takie dawało  efekty? I poszukiwania trwają. 

Ja tymczasem obserwuję od lat, jak bunt ciała się pogłębia. I mam diagnozę daleką od medycznych, ale jestem jej pewna: toksyna międzyludzka zatruje najzdrowsze ciało...

szuflada

Szuflada nie wydaje się być miejscem intymnym (w kontekście przestrzeni domowej, żeby nie było niedomówień), dopóki nie grozi jej przeszper intruza nieokiełznanego. Ostatnio nieustannie czuję, że za moimi plecami ktoś może dokonać rewizji osobistej, ale nie wiem kiedy, ani gdzie zaatakuje przyczajony tygrys. Nie mamy w domu za dużo mebli ani przestrzeni groźnych dla dziecka, ale ze zgrozą zdałam sobie sprawę, że on z całą stanowczością odkrył magiczną moc swoich rąk - otwierają… na pierwszy ogień szuflady poszły… a dziś po raz kolejny zastanawiałam się, dlaczego nie domknęłam zamrażalnika… 



buty, butki, buciki

Nie znam kobiety, która nie lubi butów. Skąd to się bierze, nie mam pojęcia. Moja koleżanka kupiła kilka par córce, zanim ta się narodziła J i ja to rozumiem, bo S. też już ma swoje J
Często popełniamy zbrodnie wobec stóp własnych – buty piękne ale za ciasne, za twarde, za wąskie, za wysokie itp. Dorosłe jesteśmy i mózgi mamy, więc wyłącznie na własne życzenie hodujemy odciski, deformacje, otarcia. Jednak w przypadku stopy dziecka warto wybrać racjonalnie.  Od pewnego czasu młody lata w skórzanych mięciutkich wsuwkach z żabkami.
  •          stópka dziecka rozwija się i rośnie aż do 15 roku życia
  •         dziecko rodzi się ze zdrowymi stopami, dopiero niewłaściwa ich pielęgnacja, złe obuwie i zwykle niedbalstwo rodziców w tej kwestii prowadzi do deformacji stóp
  •        nadal pokutuje mit, że zawsze i wszędzie dziecko powinno mieć na nogach buty lub kapcie, najlepiej takie wysokie, za kostkę, z twardą podeszwą i, co najważniejsze, ze sztywnym zapiętkiem. Sztywny zapiętek i wysokie cholewki butów nie są potrzebne zdrowej stopie, która dopiero co uczy się stawiać pierwsze kroki. Najlepiej jest chodzić boso, bo wtedy stopa nie  jest niczym skrępowana i może się swobodnie modelować i rosnąć. Stopa dziecka jest stworzona z miękkich chrząstek, które kształtują się i twardnieją z wiekiem. Jeżeli włożymy stopę dziecka w sztywny i twardy bucik, to szybko dostosuje się do jego kształtu i będzie się nienaturalnie formować,  a ewentualne uciski czy niedogodności nie są odczuwalne przez dziecko, ponieważ miękka stopa nie odczuwa bólu w takim samym stopniu, jak ta już wykształcona u dorosłych. W zbyt ciasnym bucie, gdzie naciska on na stopę, zmniejsza się krążenie, a palce ulegają deformacji.
  •           ważne, by obuwie wybrane dla dziecka było odpowiednio większe, przynajmniej o 12 mm, by stopa miała luz, a dziecko mogło swobodnie zginać paluchy. Ważne by dziecko jak najwięcej chodziło boso, wszędzie tam, gdzie jest to tylko możliwe. Na plaży, trawie, piasku - to doskonały masaż dla stóp. Dzięki chodzeniu na bosaka wzmacniają się mięśnie, więzadła, korygują się nieprawidłowości takie jak płaskostopie, a organizm się hartuje, relaksuje i odpręża. 
  •       w miękkim buciku z naturalnej skóry stopa czuje się niezwykle komfortowo, ponieważ jest odpowiednio zabezpieczona przed niebezpiecznym poślizgiem, ma zapewnioną odpowiednią temperaturę zimą, a latem pozwala stopie oddychać. Butki sprawdzają się nie tylko we wnętrzach, ale i na zewnątrz, nawet w ogrodzie czy na placu zabaw. 

Kilka marek produkuje takie buciki i zachwyca wzornictwem. Małe dzieła sztuki z mięciutkiej skórki. Cenowo rozpiętość jest wielka: 35 - 160zł. W sieci jest butków sporo, tylko trzeba wiedzieć, czego szukać np. PreShoes - polecam też blog pod patronatem tej marki TUTAJ 
Sterntaler  i  Robeez  
*tekst w oparciu o materiały PreShoes



krzesełko IKEA - uwaga!

IKEA otrzymała zgłoszenia, że pas zabezpieczający w wysokim krzesełku dla dzieci może niespodziewanie się odpiąć podczas użytkowania, stwarzając ryzyko wypadnięcia dziecka. Wszyscy klienci, którzy posiadają wysokie krzesełko ANTILOP, proszeni są o sprawdzenie numeru dostawcy i datę produkcji umieszczone na spodzie siedziska.
Jeśli na produkcie znajduje się numer dostawcy #17389 oraz data produkcji w okresie 0607-0911 (RRMM) - tzn od roku 2006 od lipca do roku 2009 do listopada, klienci proszeni są o kontakt z Działem Obsługi Klienta , gdzie uzyskają informacje, jak otrzymać nowy pas zabezpieczający, bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów.
Dotyczy wyłącznie artykułu z wyżej wymienionym numerem dostawcy i datą produkcji:
401-400-46 ANTILOP wysokie krzesełko z zabezpieczeniem niebieski
201-400-47 ANTILOP wysokie krzesełko z zabezpieczeniem czerwony
000-697-25 ANTILOP wysokie krzesełko z zabezpieczeniem biały/srebrny


wreszcie o ciuchach

Rzeczywistość kobiety z małym człowiekiem uczepionym nogi, spodni na tyłku lub rękawa rozciągniętego swetra, jest inna niż tej samej kobiety rok wcześniej. A nawet pół roku wcześniej. Nie stanowiło problemu robienie zdjęć, przymiarki, wyginanie przed statywem. Jeśli glonojad na chwilę się odlepi to mogłabym niby foty robić ale w domu ciemno więc foty mizerne wychodzą, jak pogoda za oknem. Na spacery raczej chodzę sama a statyw z wózkiem to kombinacja ponad moje siły… choć może byłoby to rozwiązanie :)
Nowy rok jednak być może przyniesie pozytywną zmianę bo na spacerze 1.01.2012 udało się! 





wstrząsy wtórne

Porównywanie się do innych matek, a co gorsza, dzieci do innych dzieci jest objawem skłonności masochistycznych. Pojawiają się bowiem dwa typy reakcji zachodzących podczas porównań: pierwszy typ - o rany! wariatka! ale ją pogrzało, ja nigdy taka nie będę! lub drugi typ: o rany! ale ona wspaniała! ja nigdy taka nie będę...
W pierwszym przypadku robi nam to dobrze bo utwierdzamy się w swych decyzjach o postępowaniu z własnym potomkiem i samoocena skacze. Z wielkim hukiem natomiast ta sama samoocena wali się na ryj, gdy słucham lub podglądam matki idealne: codzienne rytuały co do kwadransa, dzieci stymulowane, edukowane, wentylowane, witaminizowane, matkom tym nie przeszkadza nic bo ani pogoda, ani ząbkowanie, ani zwykłe niewyspanie nie wytrąca ich z toru „hej ho do przodu”. Wymyślają kreatywne zabawy, znajdują superfajne zajęcia, gotują same dziecku a ono chce to wszystko jeść i jeszcze dwa razy dziennie wychodzą na spacer. 
Moja samoocena toczy się po warszawskim bruku bo ostatnio rozjechało sie nam wszystko. Toczy się po tym bruku i osiedlowym asfalcie głównie nocami, bo od niedawna nocy nie przesypiamy. Od kolejnych znajomych słyszę, że wreszcie zaczęli spać a ja z goryczą przyznaję, że spalam 10 miesięcy. Czas przeszły dokonany zamknięty, tryb pytający "kiedy znowu?". I nie wiem dlaczego, po co, jak to zmienić, brać młodego do siebie czy nie brać, przyzwyczai sie czy to tylko chwila czy na zawsze? A samoocena matki turla sie poniżej parteru i łka...

PS. Z perspektywy dni kilku wiem, że były to wstrząsy wtórne po ząbkowaniu, śpimy znów po ludzku i osobno a moja samoocena znów jest na etapie „daję rade!” :)


pan krakersy not dead

W szczenięcej potrzebie buntu i przynależności załapałam sie na ostatnia fale punkowej rebelii. Nie przeszkadzało mi to mieć przyjaciół metali hipisów, regowców grungów straitów czy depechów. Świat młodzieńczej subkultury nadzwyczajnie wówczas tolerował odmienność określoną przynależnością do właściwej,  choć niekoniecznie tej samej grupy. Nie tolerował za to skinów, dresów i niezrzeszonych kujonów bo wiadomo... To były grupy niewłaściwe. Ależ kolorowo było w tym czasie. Mimo dramatycznych braków w najbardziej podstawowych kwestiach zaopatrzeniowych, stylizacje młodych ludzi były niepodrabialne. Nie szło się do sieciówki, żeby przeżyć metamorfozę na jedną imprezę ale dziergało się stajla miesiącami z rzeczy dostępnych przerabiając, farbując, przycinając, przeszywając, nadrywając, strzępiąc, zawijając, malując itp. Śmiem zaryzykować tezę, że młodzież była dzięki temu dużo bardziej malownicza niż leniwe małolaty, które dziś decydują sie na  bycie punk by Zara... I wszystkie wyglądają jak klony.
No i właśnie ten punk. Z tamtych czasów pozostał mi rudy czubek, dwudziestoletnie dziś buty, które ponownie stały sie on voque i upodobanie do muzyki ostrzejszej i bardziej drapiącej niż komercyjna papka. Wielkie więc wzruszenie mnie ogarnęło, gdy usłyszałam gaz na ulicach w wykonaniu drących sie dzieciaków! A potem się okazało, że to cała płyta jest z hitami ze starych czasów w wersjach dla juniora! Zamówiona na gwiazdkę. Czekam. Drepczę niecierpliwie, żeby powstrzymać się przed samodzielnym zakupem bo to przecież jeszcze tyle czasu! Słucham więc dostępnych numerów w sieci i polecam całym sercem rodzicom z pokolenia które pamięta z autopsji glany, kostki, ramony, agrafki w uszach i tdtki przewijane ołówkiem ;)
Mam nadzieje ze S. polubi ten klimat. Dobra, muzykę, bo klimat juz nie wróci...


PS. post jest z opóźnieniem minimum dwutygodniowym - wisiał i wisiał i wisiał... niewidoczny. płyta już jest z nami i śpiewam nieustająco gaz gaz gaz na ulicach a mój syn szczerzy się wszystkimi sześcioma zębami :) boossssko :)

konkurs rozwiązany :)

Z pełną stanowczością stwierdzam, że nie mogłabym zasiadać w żadnym jury... Wydawało mi się, że wybór najfajniejszego komentarza w prostym konkursie dla osoby o stanowczym podejściu do oceny innych ludzi będzie proste. Tymczasem nagłowiłam się a w końcu w desperacji spośród kilku faworytów wylosowałam dwóch: Melannnia (gratuluję konsekwencji w pozostawaniu zaskoczoną :))  i Ilonka (w wielu kwestiach się zgodziłyśmy ale maliny położyły mnie na łopatki :)). 
Okazuje się, że ciąża i pojawienie się dziecka to wielki worek niespodzianek: od samego faktu bycia w ciąży i nieuchronności nadchodzącego porodu, przez fizjologiczne szczegóły a na metamorfozach psychicznych kończąc. Każdy dzień zaskakuje i to się nigdy nie kończy :) Wielkie podziękowania dla wszystkich uczestników.
Szczególne pozdrowienia dla autorki posta o wypadającej wątrobie – ubawiłam się do łez. :)


siedzieć trzeba umieć

Każda matka wie, że do siedzenia trzeba dorosnąć :) i lepiej nie startować na siłę za szybko, choć bardzo by się chciało :) a  jak już potomek zaczyna siedzieć, to świat jest piękniejszy. A jak jeszcze zaczyna jeść siedząc to w ogóle tęcza i bańki mydlane.
Jestem ekstremistką wnętrzarską i estetką wypaczoną. Bojkotuję rozwiązania oczywiste i popularne i grzebię i szukam i nie spocznę, póki nie znajdę. Tak też było z fotelikiem do karmienia. Dżizas, wszak to mebel, na który będę patrzeć przez jakieś dwa lata! W salonie, w którym toczy się ¾ życia domowego. Musi być fajny taki fotelik. Najlepiej biały. I jakościowo musi też dawać radę, bo to dla pierworodnego przecież. No to kopałam w sieci najpierw: strony, fora, filmy, opinie, porównania… jacyś faworyci się znaleźli. Pojechałam między regały i okazało się, że faworyci na żywca sami się zdyskwalifikowali: tandetne, nieporęczne, brzydkie kloce. I drogie, a w takich momentach potrafię być rozrzutna, więc ten argument nie był decydujący. Trochę się zmartwiłam, bo już miałam parcie a pomysłów nie. I nagle z boczku zupełnie, niepozornie uśmiechnął się do mnie fotelik uroczy. Hmmm… sceptycznie podeszłam. Marka dziwna i nieznana mi kompletnie, stosunkowo tani, z boku stoi, nikt go nie promuje, a śliczny… haczyka nie znalazłam. Wsadziłam na próbę młodego a ten uśmiech strzelił taki, jakby fotel na miarę dla niego obstalowano…  i tak wyszliśmy z fotelem. I pod każdym względem zdał egzamin. :)

Britton HIP (nasze pokrycie Smiley)
  • ·         zdejmowane pokrycie fotelika łatwe do czyszczenia (można myć pod bieżącą wodą!)
  • ·         wysokość siedzenia regulowana na 6 poziomach
  • ·         do tego 3 położenia oparcia – można zaczynać karmienie w bardzo wczesnym wieku a krzesełko będzie rosło z dzieckiem
  • ·         blacik ma kilka głębokości – dzięki temu przestrzeń dla dziecka może rosnąć
  • ·         pięciopunktowe pasy bezpieczeństwa
  • ·         podwójny blacik -  górna tacka zdejmowana,  może być myta w zmywarce
  • ·         blokada miedzy nóżkami zapobiegająca zsunięciu się dziecka dołem
  • ·         jeśli tacki nie są potrzebne, można je odwiesić na plecy fotelika
  • ·         koszyk siatkowy na zabawki  bardzo pojemy i wygodny – S. teraz już sam sobie zagląda
  • ·         stabilna blokada dwóch kółek
  • ·         złożony sam stoi stabilnie - rozmiar po złożeniu 96 x 42 x 58 cm


PS. To post na specjalne życzenie pytających nas o radę :)



j&j delikatny

Co jakiś czas pojawiają się propozycje współpracy. Blogosfera odkryta przez marketingowców i PRowców zalewana jest konkursami, testami, opiniami, porównaniami, forami i innymi blablabla… Jedni robią to nachalnie i bez wdzięku – wtedy najeżam się i odmawiam, inni znajdują pomysł, są subtelni i traktują z szacunkiem – wówczas rozważam a czasem nawet podejmuję temat. Dziś mnie zawstydzono, ale w tak delikatny sposób, że wstyd mi jeszcze bardziej….
Gdy S. był sporo młodszy otrzymałam zestaw kosmetyków J&J z życzeniami pomyślności oraz materiałami edukacyjnymi. Materiały przejrzałam, jako strasznie poważne w kąt rzuciłam a kosmetyki ostrożnie zaczęliśmy próbować. Swego czasu miałam kontakt z J&J w sferze zawodowej i wówczas spotkałam się z wieloma negatywnymi opiniami: alergizują, podrażniają, za mocno pachną i ogólnie omijać. Dlatego wszelkie próby z młodym przeprowadzałam ostrożnie, choć raczej należę do mam odważnych. I okazało się, że wszystkie kosmetyki młody wporzo toleruje i używa się ich zupełnie przyzwoicie. Młody miał już chyba skończone pół roku więc nie byłam całkiem zielona w pielęgnacji a i jego skóra pozwalała na więcej.
Zaczęliśmy od kąpieli – miły zapach, lekka pianka ale bez przesady, nie podrażnia, nie wysusza. Zrezygnowaliśmy z diabelsko drogich parafinowych preparatów dla niemowląt. Mamy jeszcze jakąś resztkę w zapasie ale nie ma potrzeby do nich wracać. J&J dał radę.
Pupa – S. nigdy nie miał odparzonego tyłka. Tak nam się udawało, że nie było parchów, czerwoności, potówek ani innych pięknych ozdób. Paradoksalnie dopiero przy pierwszych zębach, gdy pielucha była pełna notorycznie, tyłek się poddał i zakwitł… bez przesady, też nie był to Armagedon ale dla nas nowość. I o dziwo J&J załagodził szybciej niż wcześniej stosowane Sudo czy inne podobnie oczywiste. Tu zatem przypunktowali.
Chusteczki – takie sobie jedne z wielu. Kompletnie nic charakterystycznego.
Krem od pierwszych dni życia – przyznaję, że zużyłam go sama bo młody ma swój ulubiony innej marki i jakoś ten nie dorównywał w nawilżeniu i natłuszczeniu ciałka. A na moje powierzchnie zużycie było szybkie i sympatyczne :)

No i ten dzisiejszy wstyd – mimo, że nie napisałam nic wcześniej, dostałam kolejną przesyłkę –materiały edukacyjne i następny produkt. To mnie zmobilizowało, bo jakoś tak wiocha, użyć produkty i nie poświęcić pięciu minut na opinię…


mleczne plany

Plany snułam. No jakoś tak do roku, co najmniej… bo przecież zalet i korzyści wyliczyć nie sposób. Tak, tak, zobaczymy, a może nawet dłużej... Tymczasem syn sie odpiął i koniec. Pewnego wieczora bez ostrzeżenia po prostu się odwrócił i poszedł spać. No i to był ten ostatni raz. Myślałam, że może kasza za późno i nie jest głodny, to rano sie rzuci. Akurat. Rano o świcie kaszę musiałam robić i łyżeczką konsumenta raczyć. 
Epoka cyca zamknęła się, pozostawiając mnie w organizacyjnej dupie: klops nie toleruje butelki, nienawidzi mlek proszkowych, wprowadzanie produktów do diety w powijakach bo przecież cyc nas asekurował. A tu taka niespodzianka.  

Młody jest jednak egzemplarzem niezwykle praktycznym i litościwym jest dzieckiem i po dwóch dobach zachłannie przytulił flaszkę gestem rutyniarza, jakby to była norma od zawsze... Nie przestaje mnie zadziwiać stworzenie, które z dnia na dzień przeszło z własnej inicjatywy mleczną metamorfozę. Sam zdecydował, odpiął się i przerzucił na butlę bez wielotygodniowych podchodów, nieprzespanych nocy i dramatów odstawienia, o których nieustannie słyszę i czytam. Zuch.
A ja teraz w zdwojonym tempie nadrabiam zaległości w bilansowaniu codziennej zdrowej diety dziecka oraz uczę się żyć sam na sam z własnym biustem...
A syn je parówki...







laski o biustach

dwie przefajne laski znają się na biustach jak żaden facet - więcej w wywiadzie TUTAJ

a KONKURS kolejny TUTAJ :)))  

zaskocz mnie jak... - konkurs!

macierzyństwo jest pełne niespodzianek. już w ciąży zaczynają się zdumienia a potem tylko szerzej się człowiekowi otwierają oczy. choć zawsze wydawało mi się, że jestem w miarę świadoma i nieźle wyedukowana, kilka zjawisk zaskoczyło mnie niezmiernie: to mleko nie leci jednym kanalikiem tylko sika kilkoma? jak dziecko pije z jednej piersi, to z drugiej płynie? wstydziłam się ale wierzę, że nie tylko ja zaliczyłam takie wpadki :)

konkurs: 
co zaskoczyło Cię najbardziej w ciąży lub pierwszych miesiącach bycia mamą? 

nie chodzi mi o niespodzianki, jakie robią nam wszystkie dzieci: pierwszy fikołek w brzuchu, czy pierwsze kroczki, ale o takie wielkie "aaaaa to nie wiedziałam"... czekam na Wasze opowieści - niech będą zabawne, soczyste, prawdziwe... 
jako subiektywna aktorka bloga osobiście subiektywnie wybiorę posta, który najbardziej mnie poruszy :) 
proszę o podawanie adresów emailowych, abym mogła skontaktować się z wybraną autorką. 
czas trwania konkursu: od dziś 6XII do 15.XII do końca dnia.

do wygrania zestaw Lovela (proszki Lovela: 1,8 kg do bieli oraz 1,8kg do kolorów, maskotka-foczka, 3 próbki mleczka do prania 120 ml Lovela, czapeczka, niedrapki) 



konkurs organizuję dzięki uprzejmości marki Lovela - inicjatora programu Lovela Care, który rozpocznie się 19XII - więcej na ten temat TUTAJ 
zapraszam też na stronę „Lovela. Jak miło być dzieckiem” na fcb






głodny robal

W naszej bibliotece rywalizują dwa nurty: dokument, fakt i historia z najbardziej fantastycznie fantazyjną fantasy. Z jednej strony półkę obciąża reporterskie mięso - analiza, wywiad, biografia – na drugim krańcu przysiadają smoki, błyszczą królestwa, tupią krasnoludy i strzela magia. Dwie różne osobowości przejawiają upodobanie do odmiennej lektury, dzielą jednak zamiłowanie do słowa jako takiego, a drukowanym na ogół delektują się i mlaskać intelektualnie przy tym lubią.
Nurt trzeci jeszcze nie jest sprecyzowany. Młody człowiek poszukuje swojej drogi wśród papierowych galaktyk. Tymczasem hitem jest historia głodnego robala. W skrócie przebieg akcji: jajko, mała gąsienica, dużo jedzenia, duża gąsienica, kokon, motyl. Tektura, kolorowe obrazki, dziurki dla małych paluszków. Oprócz emocji towarzyszącej samej historyjce można się na tej książeczce uczyć kolorów, owoców, liczb i dni tygodnia. A i pierwsze przyrodnicze fascynacje zaszczepione. 

Książka Erica Carle "Bardzo głodna gąsienica" została przetłumaczona na 47 języków a robal ma 40lat! TUTAJ wywiad z autorem :) 


B-D-H-C

Zawsze lubiłam swój biust. Nie żebym była fetyszystką, ale wśród wielu zastrzeżeń do swojego ciała akurat biust satysfakcjonował mnie prawie zupełnie. Prawie, bo mógłby być większy, ale to jedyny jego feler. Wysoko, symetrycznie, niezbyt wytrzeszczony ale bezczelnie pewny siebie i zdyscyplinowany. Bez uciekania pod pachy, bez zeza. Latem kpił ze staników a test ołówkowy arogancko olewał. Apogeum samozachwytu biust osiągnął w ciąży, gdy jego uroda przyćmiła wzniosłe powody, dla których przechodził metamorfozę. Nadal pięknie wyprężony urósł wreszcie do rozmiaru przepysznego. Przeliczył się jednak w swej bucie i tuż po porodzie jeszcze się bardziej nadął megaloman cholerny i tym razem przegiął, bo sam nie nadążał za rosnącym ego. W końcu z wielkim hukiem załamał się swą wielkością. Nie wdając się w szczegóły, nadal był okazem wystawowym ale wolałam go od tej pory w bieliźnie niż bez.
A teraz finał, morał w bajce i nauczka dla egocentryków: skończyła sie epoka prosperity i smutkiem powiało. Biust pozostawiony sam sobie spokorniał. Przez 9 miesięcy nabrał szacunku do ciężkiej pracy.  Podupadł niestety wizerunkowo i nie jest już tak hardy, gdy zagrozi sie mu ołówkiem... Mania wielkości uleczona.

Szkoda tylko, że szufladę z bielizną muszę wymienić po raz kolejny całkowicie...




konkurs :)

konkurs i wywiad z W&B do zobaczenia TUTAJ :)))

przygoda z dresem


wychodzę z wózkiem i muszę pokonać zamykające się ciężkie drzwi, przygniatające mnie i dziecko, i tuż za drzwiami schody w ilości stopni pięciu. uprawiam stylową gimnastykę gdy podbija do mnie sympatyczny facet w dresie i znosi wózek z uśmiechem. wygląd ma typowego drecha bo łeb podgolony, sam chudy a dresik zawadiacko z gumką w pasie i kostkach odsłania biały wąski bucik. na smyczy natomiast czerwonej skacze radosny beagle. i tenże dresonosz z niegasnącym uśmiechem podbija me serce bezpretensjonalną propozycją: bo ty tu pewnie często z tym wózkiem pomykasz? to może byś przy okazji wpadała pieska mi wyprowadzić?

bez obaw. przyśniło mi się. facet i sytuacja są wytworami zmęczonego umysłu. ale niezbicie dowodzi to faktu, iż umysł matki nawet podczas odpoczynku analizuje i planuje i dąży do maksymalizacji ergonomii codziennych czynności i wykorzystania czasu z dzieckiem. nie ma pustych przelotów. odkąd jest dziecko logistyka i planowanie to podstawa.

dla orłów


coś mi się wydaje, że bycie facetem nie jest proste.
wiwisekcji poddaje się macierzyństwo, rozwałkowuje się psychikę i hormony żony, samopomoc babska ekstrawertycznie mieli codzienne rozterki i problemy koleżanek i własne. matki, żony, singielki, baby zwykłe i niezwykłe szatkują kobiecość i dziergają wspólnie makatkę skomplikowanej istoty z wenus, która niewolnicą jest cyklu księżycowego i nawet sama nie do końca rozumie, kim jest i o co jej właściwie chodzi. sekret pokrętnej kobiecości. aksjomat. amen.

tymczasem facet jest sam. sam sobie porzucony, bo przecież samcze poczucie wartości nie pozwala na miętoszenie się z uczuciami i problemami publicznie, jak zwykły to robić ekshibicjonistyczne baby. a poprzeczka przed biedakiem majaczy w chmurze absurdu gdzieś bardzo wysoooko… ma być macho ale nie za bardzo, bo wrażliwy ma być i empatyczny. dominować nad kobietą? nie powinien za bardzo, bo przecież partnerem ma być ale męskie silne ramię ważne jest i inicjatywę czasem przejąć powinien.  i niespodziankę zrobić od czasu do czasu, ale tylko „taką, jak bym chciała, bo takich zaskakujących niespodzianek to nie lubię"... kwiaty i biżuteria  mile widziane ale niech nie traktuje ich jako lekarstwa i wymówki za swoje winy i niech w banał nie popada, bo na łatwiznę iść to każdy potrafi. ma być niezależny, bo pantoflarzami gardzimy, ale niech jednak konsultuje decyzje i o radę chętnie pyta. niech dba o siebie: goli, pachnie, smaruje, przycina, usuwa, skrobie itd. no ale nich testosteron w nim kipi! sportowa sylwetka mile widziana lecz za dużo z domu nie wychodzimy. pasje męskie są cudowne i niech ma zdrowe zainteresowania, bo to znaczy, że osobowość ciekawa, ale ci koledzy... wykształcony, oczytany, współczesna kultura obczajona, co nie przeszkadza mu koła z uśmiechem zmienić i zawiasów naderwanych w szafce wyregulować.

to była poprzeczka dla chłopaka, męża, partnera… ale jest jeszcze jedna – dla orłów… bo ojcem to ten nasz facet ma być przede wszystkim do ojcostwa chętnym. spokojnym i cierpliwym, ale sam z temperamentem i fantazją dziecka.  odpowiedzialny, konsekwentny i zdecydowany, ale delikatny i empatyczny. zaznajomiony z harmonogramem szczepień i wprowadzania warzyw do diety dziecka, ale nie kwestionujący wyborów i decyzji matki.
tak jeszcze można długo ...

no i szczerze mówiąc, to szkoda mi faceta. ja mam swoją twierdzę kobiecości o grubych murach wielopokoleniowej solidarności w podtrzymywaniu wizerunku istoty dziwnej, a on? on ma stos sprzecznych wymagań piętrzący sie niebotycznie.
wolę być matką niż ojcem  ;)

żywienie i aktywność dzieci 1-3

byłam na konferencji. sama je zwykle organizowałam, teraz bywam gościem :) macierzyństwo... zmiany zmiany zmiany... 
konferencja dotyczyła nowego produktu dla dzieci, ale nie o nim będzie mowa, bo osobiście go nie testowałam - jest bowiem dla dzieci starszych niż klops, czyli w wieku 18m+
natomiast wykład ekspertów na temat żywienia dzieci i ich aktywności fizycznej był jak najbardziej na czasie. dlatego wrzucam pełen pakiet materiałów prasowych poniżej w linkach i myślę, że przydadzą się niejednej mamie :) 


- ciekawostki z badań
- grupy produktowe i planowanie zbilansowanego jadłospisu
- dekalog dobrego odżywiania
- jak sobie radzić z niejadkiem
- 10 zasad aktywnego dziecka
- ćwiczenia dla dzieci i rodziców





tak sobie myślę

tak sobie myślę, że zachwyt nad własnym dzieckiem i miłość rodzicielska muszą mieć swoje granice. nie oznacza to, że limit wyznaczam na uczucia w rodzinie. to oznacza, że obcy mi jest klimat wpadania w pastelową otchłań rodzicielstwa. ślepe zauroczenie własnym potomkiem i bezwarunkowe mu oddanie jest naturalne i wręcz wskazane. wiem, bo przecież sama mam jedyne dziecko idealne :) ale ciągle ważna jestem dla siebie JA i ważny jest dla mnie mój świat.
tak nas natura stworzyła, że abyśmy nie pożarli własnych dzieci, gdy drąc się zwyczaje dotychczasowe nam w życiu rujnują, kochamy je mimo wszystko.  prędzej własnym ciałem zasłonimy, niż tknąć groźbie czy krytyce pozwolimy. przewrotna natura sprawiła równocześnie, że każdy z nas w celu zachowania gatunku i osobistego przeżycia, instynktownie jest egoistą, żeby przetrwać trzeba wszak myśleć o sobie…  

i tu ten bełkot zapętlam teraz do tezy wyjściowej, że czasem obok tej rodzicielskiej plątaniny zachwytów i wzlotów trzeba najzwyczajniej w świecie pobyć sobą. egoistycznie, świadomie, hedonistycznie… co kto lubi… wszak lubić coś przyzwyczailiśmy się lat wiele przed dzieckiem, wszak długo przed dzieckiem ukształtowały się nasze osobowości: pasje, namiętności, podatności, małe i duże „lubię/ nie lubię” czy „chcę/ nie chcę”.
czy odcięcie pępowiny ma oznaczać odcięcie dawnej mnie? nie! ja jestem ta sama! owszem, bogatsza o macierzyństwo w całej rozciągłości i głębokości definicji, ale ta sama. zdroworozsądkowa rezygnacja z używek nie oznacza, że nie pamiętam, jak są fajne dzikie imprezy. wymuszona logistyką usypiania i karmienia, wielka towarzyska nieobecność nie oznacza, że nigdy już nie wjadę w towarzystwo z głośnym I-HAAA na ustach. to, że w konsekwencji ciąży mam słodkie dziecko, nie oznacza, że nie walczę dziś o figurę i lustro. czy to wszystko sprawia, że jestem złą matką?

myślę, że wiele można mi zarzucić błędów i niedociągnięć. pierwsze dziecko to wielki poligon. ale nie dam sobie wmówić, że dziecko oczekuje zatracenia siebie, że miarą dobrego rodzica jest ilość słodkich epitetów i stopień rezygnacji z normalności.
co ma do zaoferowania rodzic, którego świat przestał istnieć w chwili narodzin i kręci się wyłącznie wokół dziecka? lustro? spójrz dziecino to mój cały świat, cała reszta nic nie warta?

dziecko potrzebuje nauczycieli, przewodników, wzorów charakterów, odniesień! kogoś, kto z zachwytem będzie patrzył na świat, będzie o nim uczył, będzie go tłumaczył, będzie go z radością konsumował i kształtował codziennie i czerpał radość z bycia sobą. kogoś, kto pomimo ogromu miłości do dziecka, prowadząc je za rękę nauczy, jak ma być szczęśliwym człowiekiem – będąc sobą…