powroty z wakacji

Kiedy byłam dzieckiem, powroty z wakacji były smutne, bo walił się w gruzy świat zbudowany z nowych letnich relacji. Świat, który przecież zdawał się być trwały i niemalże dożywotni. Tymczasem nagle okazywało się, że sierpień się kończy i czas zakopać pod oznaczoną sosenką metalowe pudełko pełne wyznań "że na zawsze i że za rok", którego i tak nigdy nikt juz nie wykopywał. Pożegnanie bolało duszę dziecięcą  okrutnie, ale szybkość zapominania równoważyła intensywność rozpaczy. Szybko uwagę mą odwracało i katusze rozstań koiło wybieranie nowych zeszytów i okładanie podręczników w papier z ulubionych kalendarzy. Wrzesień, mimo wszystko, zaczynał się ekscytująco a w domu czekało mnóstwo atrakcji.
Teraz wakacje nie są tak oczywiste. Z resztą, jak się dorasta to nic już nie jest takie proste, jak miało być kiedy się dorośnie. Teraz trzeba czas wykraść rzeczywistości a ona upomina się o nas i tak szybciej niż chcielibyśmy i nie daje oszukać ani o jeden dzien. 

W tym roku pierwszy raz we troje przebyliśmy ocean. Wyposzczeni podroży, bo odkąd byłam w ciąży jakoś zachowawczo podchodziliśmy do dalszych wypraw, "jaraliśmy się jak dziki". No i cudnie było: palmy, słońce, kolory, frytki, bajgle, zakupy i czas we troje RAZEM. Jeszcze pewnie sporo miejsca poświęcę temu wyjazdowi, bo akumulatory naładowałam i mam zamiar długo delektować się wspomnieniami…
Jednak trzeba było wrócić. Trudno. Zniosłam dzielnie perspektywę nieuniknionego, pakowanie, 12h w samolotach z dzieckiem. Dopiero po trzech dniach po powrocie, pierwszy raz poczułam uderzeniową falę porażającej paniki "uciekajmy stad!" a czemu?

Nasz naród łatwo poznać na świecie: skwaszeni ludzie o twarzach wyrażających wieczne rozczarowanie, rzucający wyniośle spojrzenia, wynikające z kompleksów, zwykłego braku kultury i obycia. Europejczycy o sowieckiej mentalności, pełni arogancji, z trwałym szczękościskiem który uśmiechać pozwala się tylko po kielichu albo do bliskich.
A uśmiech jest łatwy, jak oddychanie. I tak samo potrzebny. Uśmiech dla pieszego, którego się przepuszcza na pasach i dla kierowcy, który przepuszcza rower, dla pani w sklepie i dla kupującego, na stacji benzynowej, na lotnisku, w kawiarni, w metrze, na ulicy... Można powiedzieć dzień dobry nieznajomemu, który mieszka obok w hotelu, można pożartować na basenie, można podać obcemu śmietankę do kawy podczas śniadania i można się uśmiechać. Łatwo się żyje w takim klimacie... Tak przyjemnie w powierzchowności tej trwać i błogo się uśmiechać. Nic nie kosztuje, nie boli, umila życie po prostu...

Powściągliwość nasza narodowa obuchem walnęła mnie w łeb rozmarzony jeszcze na lotnisku. Ale ogłuszona jakoś nie zajarzyłam, co przytępiło mi percepcję. Dopiero wczoraj dotarło do mnie z całym rozmachem. Wybrałam się z małym do centrum. Już w samochodzie się zaczęło: przepychanki, zajazdy, podjazdy, wygrażanie, wczesy na trzeciego, będę pierwszy itp. Potem na ulicy: mały drepczący po chodniku ruch hamuje i pani z siatami niewygodnie. Jak przepuściłam kogoś do windy bo ja z wózkiem i dzieckiem za rękę, to nie dość, że ten tą windą odjechał, to nawet dziękuję nie usłyszałam. W kolejce zamiast uśmiechu z jednej strony spotkał mnie pan, który pluł a z drugiej pani, co w zębach grzebała i torebką mi na plecy się kładła z miną oburzona, że się z wózkiem w kolejce słabo przesuwam...

I tak z każdej strony. Kwas, pleśń, rdza i grzyby... A ja mam uparcie ten uśmiech dla całego świata zdrętwiały z głębokim postanowieniem, że nie zdrapią mi go kruki wrony. I będę go hodować i pieścić wbrew wszystkim smętom. Może w końcu coś się zmieni w tym mentalnie burym kraju. Oby wystarczyło mi sił do następnych wakacji...



22 komentarze:

Aga pisze...

Zgadzam się 100%, ja też byłam świadkiem "uprzejmości" rodaków za granicą, masakra! Generalnie wszystko źle - słońce za mocno świeci, brudno w pokoju, słaby widok, co to za owoce morza - gdzie schaboszczak z kapustą?! itd. Straszne to. Uśmiechaj się dalej, może jak więcej osób wprowadzi "uśmiechową terapię" chociaż troszkę ten nasz kraj się zmieni na plus:) Popieram Cię uśmiechem!

Katarzyna Szymańska pisze...

Uśmiech...takie proste a takie trudne ;-) Święta racja

ambiguity pisze...

a właśnie! bo najlepiej pracę u podstaw zacząć od siebie, ja tam też się uśmiecham nieustannie :)

Mamuśka-Martuśka pisze...

Mam dokładnie tak samo! I też uśmiecham sie do każdego, zagaduję panią w warzywniaku,żałuję innej, co marznie na ulicy, chcąc sprzedać wiejskie jajka. Reakcja ?Często taka, jak piszesz, często też miła. Jednak to nie ważne. Ważne, że sama sobie tym dobrze robię, bo lepiej się ze sobą czuję - uśmiechniętą;-P

Dag pisze...

Ja po powrocie z wakacji często nadal się uśmiecham do ludzi, ale potem z czasem jakoś czuję się z tym dziwnie... Choć stara się nie zrażać :-o
Wczoraj na przykład trafiłam na mur: byłam z synkiem u fryzjera, do którego przyszła także jego koleżanka z przedszkola, od razu zawołała Kacper, od razu go poznała. Ja uśmiechnęłam się do jej mamy, chciałam jakoś zagadać, a z jej strony doczekałam się tylko zdawkowego "uśmieszku" i totalnej olewki :-o Przykro...
Ale znowu potem na spacerze z chłopcami spotkałam przemiłą babcię z wnuczkiem, uśmiechniętą, zagadującą :-)

Także może to kwestia osobowości i ogólnego nastawienia do świata?

Niezła żona pisze...

Wakacji nie miałam od 2-3 lat. Spragniona jestem zmiany tak dokładnie jak opisałaś "wyposzczona wyprawy"

To prawda, Polacy to naburmuszone, hamskie gbury. staram się być miła i przyznam, że nie zawsze mam na to chęć :)

Mama Sophie pisze...

Mnie to od razu uderza juz w samolocie do Polski , i niestety ciesze sie jak pora wyjerzdzac ;)

Anonimowy pisze...

my tez dawo nie bylismy na wakacjach w tym roku planujemy odwiedzic nasz bałtyk. ja sie troche ludzią nie dziwie ze maja takie ponure miny ... kazdy cięzko pracuje a pensja starcza mu do 20 tego jak dobrze pójdzie , paliwo kosztuje 6 zl jajka prawie 10 zl i każą pracować prawie do śmierci. ja siedze w domku na wychowawczym za400 zł plus rodzinne i mimo to uśmiecham się każdego dnia. mega usmiech!!!!

SzafaSikory pisze...

To prawda ze 'za oceanem' jest inne podejscie do drugiego czlowieka, az na poczatku ja sama nie moglam sie do tego przyzwyczaic ;)

l1l1th pisze...

Ha! a przed świętami w zakupowym szaleństwie nasze cechy narodowe rosną w siłę co najmniej dwukrotnie. W sklepie staranują człowieka wózkiem, łokciem przepchnął się przed tobą do kasy, na ulicy jeżdżą jakby prawo jazdy dostali w spadku. Dramat, i oczywiście wszyscy ONI mają rację a TY sie nie znasz i jesteś młoda i głupia. Oj tak. Kocham ten nasz zaścian i buractwo. ehhh

naszapolana pisze...

Za oceanem owszem - uśmiechu jest moc i to mnie także niesamowicie zawsze nastrajało, dowartościowywało i ogólnie życie umilało. Ale za naszą zachodnią granicą już nie jest tak kolorowo i te murki niestety po ulicach straszą podobnie jak u nas - jeśli nie gorzej. W małych miastach i na wsi jest miło, ale w dużych aglomeracjach niestety syf, chamstwo i kiła pod tym względem.
Oczekująca nadal na maila i lekko już naburmuszona... pozdrowienia ślę.

V i n t i pisze...

wszystko co opisałaś, że czułaś w akapicie trzecim, czułam też ja mooocno przez miesiąc po powrocie z wyluzowanych Włoch; skwaszeni Polacy + dziury w jezdni + nie mogłam się przyzwyczaić...

Anonimowy pisze...

Taaa, za oceanem to nawet truskawki mają jak arbuzy.
A ja powiem tak: dużo w Polsce miłych, uśmiechniętych, życzliwych ludzi, ja osobiście rzadko spotykam się z chamstwem.
Natomiast co typowo polskie, to właśnie narzekanie na Polaków z powrotu zza oceanu. Ach Ci Polacy - ja to się dopiero naoglądałam wielkiego świata i mój własny, za oknem mi już przeszkadza.
Bez przesady.

Anonimowy pisze...

Jak to dobrze,że chociaż Ty, wśród tej polskiej hołoty, jesteś wyjątkiem. Tak trzymać!

Evelio pisze...

Wiesz...taką już mam naturę, że nie potrafię ukryć emocji. Gdy śmiać mi się chce to smieję się, gdy zła jestem to biję piorunami. Na ulicy czasem i płakać mi się zdarzyło. Dla ludzi staram się być spokojna i miła, może dlatego staram się też nie przejmować tą smutną naturą naszego społeczeństwa. Szczerze mówiąc amerykańskie "have a nice day" trochę mnie drażni.

ani_anka pisze...

też obserwuję to samo, inne nacje są jakoś bardziej przyjazne, uśmiechnięte i sympatyczne; jakoś bardziej na luzie prowadzi mi się samochód na "zachodzie" nie wspomnę o restauracjach do których chodzimy z dzieckiem, w naszym kraju jest wielka agresja w stosunku do dzieci i nie piszę tego jako osoba uprzedzona, bo mi akurat nikt nigdy nie zwracał uwagi ale byłam świadkiem nieprzyjemnych uwag w stosunku do dzieci tylko z powodu ich zainteresowania światem np. przyklejenie nosa do szyby; może musimy swoim uśmiechem zmazywać grymasy z twarzy niezadowolonych :)

agnieszka pisze...

To niesprawiedliwe jest, co piszesz w trzecim akapicie. Mieszkałam w NY, San Francisco i Chicago, W Londynie i Pradze, teraz osiadłam pod Wawą. Zagranicą poznałam mnóstwo Polaków pozytywnie nastawionych do życia, a nieprzyjemne sytuacje zdarzają się na całym świecie. Ja rozumiem blask USA na pierwszy rzut oka, zwłaszcza przy porównaniu z PL ale może jednak bez przesady. Jestem Polką, jestem Amerykanką i uśmiecham się się w obu obywatelstwach tak samo. I w obu krajach.

agakry pisze...

@Agnieszka - to nie chodzi o blask USA. nie zachłystuję się Ameryką w każdym aspekcie, bo dostrzegam jej wiele wad. byłam tam wielokrotnie i to nie jest pierwszy bezkrytyczny szok. to refleksja, która po każdym powrocie z różnych stron świata jest silniejsza. oczywiście od każdej reguły są wyjątki i przyjaznych ludzi spotyka się wszędzie, tak samo jak buractwo, ale boleśnie zawsze dotyka mnie ta jaskrawa różnica w codziennej życzliwości a raczej jej braku w naszym kraju.

Mila pisze...

Nie zdzierżę i napiszę komentarz -odnoszący się nie tyle do samego wpisu, ile do wypowiedzi powyżej.
Śmieszą mnie te wszystkie kobietki narzekające na polską mentalność - wybaczcie, ale nie wierzę, że skoro piszecie o "buractwie, polactwie i polaczkach", same jesteście na co dzień miłe, wyluzowane i uśmiechnięte - raczej z tych rzucających wyniosłe spojrzenia na innych, o których pisze autorka.
"Chciałabym być miła, ale inni nie są mili, więc i mi się nie chce" - brzmi to śmiesznie.
Poza tym, rozumiem, że nie respektowanie zasad ortograficznych ma być przejawem pogardy dla naszego kraju? ;-)

Autorko bloga, wybacz mi, ale kiedy czytam takie wypowiedzi osób bezmyślnie powtarzających to, co powiedzieli inni i jeszcze bardziej bezmyślnie utrwalających stereotypy, krew mnie zalewa. ;-)

Tobie życzę Wesołych Świąt.

agakry pisze...

@Mila - bycie miłym to czasem nie jest kwestia chęci czy jej braku - bywa tak, że mój uśmiech spotyka się z krzywą miną i chamstwem i wtedy, mimo chęci i dobrej woli, coś we mnie pęka i ten uśmiech niestety więdnie dosyć szybko. trudno czasem utrzymać w sobie tę pogodę, jeśli tak niewielu wokół się rewanżuje...
zarzut bezmyślnego powtarzania jest niesprawiedliwy - dzielę się tu przemyśleniami wynikającymi z doświadczeń własnych i smutnymi refleksjami po kolejnych powrotach do kraju.
stereotypy często są krzywdzące ale jednak równie często kryje się w nich sporo prawdy.

Tobie Milu również życzę Wesołych Świąt i dziękuję, że wpadasz :)

ani_anka pisze...

hmmm, jak pięknie komentarze odzwierciedlają ilość optymizmu, uśmiechu i zadowolenia w społeczeństwie! ;)

Mila pisze...

Ech, ten ostatni akapit nie odnosił się do Twojego wpisu, tylko do komentarzy powyżej.
Twoje wpisy mogę ścierpieć, nawet jeżeli się z nimi nie zgadzam, bo po prostu lubię tego bloga. ;-)
I fajnie, że nie zarzucasz swoich czytelników zdjęciami młodego narybku jak inne blogujące mamy.