SPA z kokosem i migdałami

Nazwa SPA wywodzi się z języka łacińskiego i oznacza "Sanus Per Aquam", czyli "Zdrowie przez Wodę". Filozofia SPA opiera się na założeniu, że woda jest tym dla ciała, czym marzenia dla duszy - może ukoić lub pobudzić do aktywności, może relaksować lub stymulować do działania. SPA to spokój ciała i ducha - odpowiednie zabiegi pomagają zrelaksować zarówno zmęczone ciało, jak i ukoić zmysły. Idea SPA łączy rozmaite sposoby pielęgnacji poprzez odpowiednio dobrane zabiegi, najczęściej oparte na terapiach wodnych i masażach. Programy pielęgnacyjne SPA dbają nie tylko o właściwą kondycję całego ciała (nawilżanie, odżywianie i ujędrnianie skóry), ale i umysłu (relaks, odstresowywanie, pobudzenie lub spokój). 
* na podstawie moda.pl.

Matka człowieka, który biega i zaczyna forsować własne zdanie przy każdej możliwej okazji, jest tak daleka od spokoju ciała i ducha, jak tylko granica poczytalności jej to wyznacza. 14 zębów w 15 miesięcy, nauka biegania po schodach, samodzielne próby używania sztućców, ściąganie produktów z półek sklepowych w tempie przewyższającym możliwości matki jeśli chodzi o ich ponowne ustawianie, wyrzucanie zabawek przez balkon z 11 piętra to niektóre z elementów mojej codzienności. SPA jest dość abstrakcyjnym marzeniem sennym, które pamiętam z poprzedniego wcielenia… czasem wyrywam się do fryzjera czy nawet do kosmetyczki, ale na prawdziwy relaks dla ciała i zmysłów to jednak ciut za mało. Wyszarpane codzienności chwile bez potomka są cudowne i celebruję je egoistycznie.

Koleżanka dała mi prezent: zestaw kosmetyków: „Zrób sobie SPA…” Sceptyczna byłam, bo kosmetyki marki, po którą nie sięgnęłabym z własnej inicjatywy. Oldskulowe opakowania, marka taka z dawnych czasów i jakoś nie moja bajka. Nie, żebym snobistycznie nadęta była kosmetycznie, bo sięgam czasem po tanie rozwiązania i po wielokroć przekonałam się, że lepszej jakości bywają niż wielkie brandy, ale mam swoje przyzwyczajenia i stereotypy też gdzieś głęboko siedzą. A tu niespodzianka: Ewa Natura Therapy na bazie olejku kokosowego i mleczka migdałowego… oniemiałam, jak spróbowałam. Cała linia absolutnie pięknie pachnie. Oczywiście trzeba lubić słodki aromat, ale u mnie trafiło w czuły punkt. Dwa produkty na stałe wchodzą do moich codziennych przyjemności: peeling cukrowy do ciała (oparty na naturalnych olejach: kokosowym, winogronowym i brzoskwiniowym oraz kryształkach cukru trzcinowego) i masło do ciała z tej samej serii. W duecie „robią robotę”. Po prysznicu z peelingiem właściwie nie ma konieczności używania niczego nawilżającego, bo ciało jest fantastycznie miękkie i okryte delikatnym filmem, jaki zostawiają olejki. Jednak dodatkowa warstwa masła po prysznicu daje efekt skóry zrelaksowanej, gładkiej, nawilżonej i napiętej. Brzmi banalnie, ale czego więcej trzeba? Masło jest bardzo wydajne, choć chciałoby się mazać i mazać i mazać bo zapach i konsystencja sprawiają dużo przyjemności… 

Pozostałe produkty z linii to żel pod prysznic, szampon i maska do włosów. Żelu używam niewiele – jest miły, choć niezbyt się pieni i mam wrażenie, że lekko wysusza, ale moja skóra ma tendencję do wysychania, więc nie jest to szczególne odstępstwo od norm żelowych. Szamponu fanką nie zostałam, bo moje włosy przy intensywnym kolorze wymagają specjalistycznej pielęgnacji. Włosy pachną pięknie i są miękkie ale miałam wrażenie, że kolor spływa przy każdym myciu. Uzupełnieniem jest maska, która szybko wygładza włosy i nadaje im miękkość ale pewnie bardziej będzie pasować właścicielkom dłuższych i bardziej obfitych fryzur - u mnie „spuszczała powietrze”. Podsumowując: kokosy z migdałami są przemiłe i zaskakują. Peeling i masło absolutnie polecam jako pewniaka, resztę serii można „pomacać” bo każdemu może smakować co innego.





"W" herbatę

Z pieluchami to jest tak, że dobre są te, których się nie zauważa. Są miękkie, lekkie, elastyczne, łatwo się zapinają, nie uciskają, nie puszczają bokami, nie przeciekają, nie śmierdzą i ogólnie jakoś tak działają, jak trzeba po prostu. Zdawać by się mogło, że przecież o to chodzi z założenia i każdy producent powinien w logiczny sposób dążyć do zaspokojenia oczywistych potrzeb dziecka i matki, ale okazuje się, że nie wszyscy widocznie mają te same kryteria i pieluchy na rynku są skrajnie różne. Nie będzie zestawienia ani porównań bo śmieszą mnie tego typu rankingi i czasu mi na to szkoda, ale próbowaliśmy już różnych wersji pieluchowych i ciągle wracamy do jednej marki, która spełnia wszystkie nasze postulaty i tyle.

Tymczasem otrzymaliśmy do spróbowania pieluszki, o których wcześniej nic nie słyszałam. Ciekawostka. Koncept oryginalny i zaskakujący. Pieluszki zawierają warstewkę zielonej herbaty! Producent powołuje się na jej dobroczynne właściwości wykorzystywane w medycynie wschodu: „ekskluzywna warstwa pieluszek GREENTY z liści zielonej herbaty zapewnia skuteczną ochronę przeciw swędzeniu, podrażnieniom i wysypce, hamując aktywność bakterii i grzybów. Dzięki specjalnej technologii zdrabniania i suszenia zielona herbata użyta w produkcji naszych pieluszek GREENTY przejawia swoje wyjątkowe właściwości już przy 30°C. Zielona herbata posiada przyjemny aromat. Działając na węch dziecka, pozwala mu się rozluźnić i sprzyja zdrowemu snu.”

Na stronie producenta takich chwytliwych komunikatów jest sporo. Zbija mnie z tropu niezmiennie hasło: Nawet dziecko może zrobić herbatę! Według mnie w tym kontekście hasło powinno brzmieć: Nawet dziecko może zrobić W herbatę! Ale nie będę się naigrywać bo o pieluszkach a nie marketingu miałam napisać...

Faktycznie pieluszki są miękkie, lekkie i wygodne. S. przeżywa właśnie apogeum swej ruchliwości i spisały się dzielnie jeśli chodzi o pozostawanie na miejscu właściwym podczas jego gimnastycznych ewolucji. Mają niedrapiące rzepy, elastyczny tył na pleckach i ogólnie niczym nie ustępują marce, której używamy codziennie. Nie wiem, czy to siła sugestii, czy zwykły zbieg okoliczności, ale noce z herbatą były dłuższe :) S. spał dłużej niż zwykle… Nie sądzę, żeby akurat zioło w gaciach aż tak mi gościa zaprogramowało… może jestem niedowiarkiem, ale nie łączę tych faktów mimo zapewnień producenta. Jedyna wtopa, jaką zaliczyły pieluchy to boczny przeciek gęstego po spacerze - S. wywijał niezłe koziołki z ładunkiem w spodniach i ładunek się wydostał. Być może sytuacja była najzwyczajniej nie do opanowania ale trafiło akurat na te pieluchy, więc donoszę… ale tylko raz! Jeśli chodzi o reakcje skóry młodego, to nie zanotowaliśmy żadnych zmian: normalnie, różowo, gładko i prawidłowo. Czyli dobrze :).

Ogólnie herbaciane pieluchy wypadły bardzo w porządku. Nie spodziewałam się, ale muszę przyznać, że gdyby były w moim sklepie pod domem to pewnie zaczęłabym je stosować zamiennie z obecnymi. Zwłaszcza na noc :)






mamama

Empatia przychodząca na świat wraz z dzieckiem jest mentalną rewolucją. Bez udziału woli niczyjej pradawne instynktowne pokłady matki w matce bez ostrzeżenia dochodzą do głosu. I to są takie erupcje niezapowiedziane, bez szansy na przygotowanie sobie ciętej riposty. Mimo, że z czasem lawa trochę z wierzchu stygnie, w najmniej oczekiwanych momentach zapadam się po kostki w tej mlecznej uczuciowości, łzy ronię, łkam w duszy, solidaryzuję się i tak dalej.

Jest jeden szczególny element nabyty. Stosunek do rodziców. Do tej pory konflikty czy bardziej mroczne fragmenty relacji, dotykały mnie jakoś tak płytko. Raczej egoistycznie i mało obiektywnie oceniałam tematy. Bez wdawania się w szczegóły, miłość rodzicielska wydawała mi się czymś ciepło oczywistym, uspokajająco niezmiennym, czasem irytująco niewygodnym. Teraz wiem, że nie ma silniejszego uczucia niż matki do dziecka. Nie da się go porównać do innego. Miłość do partnera dopełnia świat i życie, a miłość do dziecka podkręca kolory tęczy.

Cóż, dzień mamy teraz jest po prostu inny :) Kiedyś to był dzień ważny, ale jednowymiarowy. Pamiętałam: laurki robiłam, wierszyki kułam, dzwoniłam, odwiedzałam, kwiaty, ciastka wręczałam. Teraz jest inaczej. Ogólnie życiowo jest inaczej, ale ten dzień jest inny podwójnie. Moja mama nadal jest tą samą mamą, ale ja nie jestem tą samą córką. Ja też jestem mamą a to zupełnie inny układ…

bib bib


Bibetta czekała na swój czas. Dostaliśmy ją w prezencie i traktowałam ją z delikatną rezerwą, jak sporo przedmiotów, których nie kupiłam sama bo wydawało mi się, że nie potrzebujemy. Po co dziecku fartuch prosektoryjny, skoro grzecznie je z łyżki i nie rozlewa, nie rozbryzguje i w ogóle kulturalny z niego gość?
No i się okazało, że nadeszła era samodzielności. Nie będę jadł, dopóki łyżką sam nie rozmażę sobie obiadu na głowie. I koniec. A obiad bywa w kolorach różnych i niektóre za Chiny spierać się nie chcą. I bibetta z odsieczą ruszyła. Husaria pastelowa otuliła młodego i otwarły się wrota bezkarnego taplania. Czasem się tapla a czasem po prostu kulturalnie je. Bez protestów pozwala się odziać i zasiada w zielonych gronostajach na spożywczym tronie. I fajnie.
Pewnie można bez takiego śliniaka żyć. Ale ma się więcej prania :) a ja nie lubię :) więc polecam. 










swobodna

Dawno dawno temu zazdrościłam ludziom swobody w ciągu dnia. Wszyscy pracujący znają ten tęskny wzrok, który przekrzywia nam głowę, gdy jedziemy zaspani do fabryki, a ktoś spacerowym krokiem z bagietką pod pachą idzie słoneczną alejką z psem... Albo w ciągu dnia: lecisz ze spotkania bo tam w biurze jeszcze prezentacja na jutro, a tu ludzie w parku, albo w kafejce przy stolikach pod parasolami. A w sklepach nikogo nie ma i zaparkować można swobodnie i do fryzjera przed 18 można. Kim są ci ludzie wszyscy, co tak mogą??? 
No wiec teraz wiem! To ja jestem!
I oto teraz snuję się parkowymi alejkami, popijam kawę ze styropianu, zagryzam gofrem i współczuję tym wszystkim rozpędzonym, spóźnionym, co w amoku marzą o choć jednym takim spacerze...







nie mam co


Kiedyś zima i wiosna obfitowały w towarzyskie zderzenia. Zderzenia, ale i zdarzenia - były bowiem spotkania spontaniczne, przypadkowe i niezaplanowane oraz kalendarzowe, organizowane z przygotowaniami i wielkim finałem. Teraz zderzyć się można w markecie przy półce z pieluchami :) no nie bywa się. Zwyczajnie się po prostu nie bywa. Nie zostało za dużo par nierozmnożonych a te rozmnożone, co mogą się urwać nie urywają się zwykle grupowo tylko jakoś tak nieskoordynowanie pojedynczo. Dlatego okazji do wyjścia na miacho w ciuchach innych niż "no fajne, bo się szybko wkłada, nie gniecie i śliny nie widać" mam niezbyt dużo. Ale jak już mam, to oczywiście nie mam co na siebie… aaaaaaa! 









Lotnisko i dworzec

W krótkim czasie refleksji całe mnóstwo. Podróże jednak dają człowiekowi inną perspektywę i odjazd mentalny, niezależnie od pokonanej odległości. Z pewną złośliwością czekam na Euro i te dzikie tłumy turystów rozentuzjazmowanych sportową emocją, przybywających z rożnych stron świata. Śmiem podejrzewać, że nie wszyscy kibice będą biegle władać angielskim, o polskim nie wspominając. Tymczasem nasza infrastruktura podstawowa, czyli lotnisko i dworzec centralny to próba dla wytrwałych. Z M. trochę już po świecie podróżowaliśmy: prywatnie, służbowo, rzucało nas w rożne strony mniej lub bardziej cywilizowane. Nie zdarzyło nam się zgubić nigdy, (chyba, że wdawaliśmy się dobrowolnie w spor z gps-em :)), mimo że często nie znamy języków krajów docelowych czy tranzytowych, a w niektórych nawet miejscowych alfabetów. Wszędzie jednak międzynarodowe oznaczenia są tak czytelne i oczywiste, że turysta nawet kmiot zgubić się nie może. W szeroko pojętym dobrym interesie wszystkich jest ułatwić drogę turyście, bo jak się zgubi, to będzie się plątać i kłopoty generować. Więc lepiej tabliczki i strzałki przygotować niż na głupie pytania na migi odpowiadać. Ale nie u nas. Ubawiliśmy się ostatnio, wracając do kraju ludowego, bo na naszym pięknym nowym lotnisku najpierw długo szukaliśmy windy, żeby z wózkiem się ze schodów nie stelepać a potem trafiliśmy do odlotów zamiast po bagaż. Natomiast w hali bagażowej, gdzie teoretycznie miał się pojawić nasz dobytek, koczowali taborem jacyś młodzi ludzie. Na moje uśmiechnięte pytanie w informacji: gdzie bagaż i co tu się stało, usłyszałam, że „to Żydzi proszę pani się zlatują i coś z nimi trzeba robić, a bagaż to tam dalej... Zatkało mnie ale z obawy o zdrowie psychiczne, nie wnikałam. Czekał na nas dziadek i znowu śmiesznie się zrobiło, bo trzy razy próbował wjechać na parking i za każdym razem system oznaczeń wyrzucał go poza. W końcu stanął nielegalnie. Liczne płoty, barierki, słupki skutecznie dezorientują i wyprowadzają na manowce a dziadek raczej nie należy do tych „życiowo pogubionych” i na lotnisku bywa regularnie...
Druga historia to dworzec nasz piękny odczyszczony strup w centrum stolicy. Są nowe wucety! Jea! Jest kilka nowy wiatek i ławeczek! O żesz! Naiwna chciałam się tam dostać z wózkiem z dzieckiem i to z drugiej strony ulicy! O nie ma lekko! Nu nu nu... Ktoś mi musiał znieść wózek bo windy brak! Na terenie samego dworca są podjazdy dla niepełnosprawnych i schody ruchome, ale i tak poruszanie się z wózkiem to makabra. Młode matki wiedzą chyba, jak wygodnie pokonuje się wysokie schody ruchome z wózkiem i dzieciem na rekach... Trasę powrotna zaplanowałam przebiegle, korzystając ze schodów ruchomych pod Marriottem, które prowadzą wprost do hotelu. Tyle, że trzeba o tym wiedzieć, a skąd ma to wiedzieć turysta z Ukrainy? Co za absurd...
I tak sobie teraz piszę, jadąc pociągiem Inter City. Kawa, herbata, ciasteczko, na korytarzu diody kolorowe i czysty dywanik, a w tojlecie? Klasyka gatunku - zupa kałowa...
Welcome to Poland! 




nowa toaleta na Centralnym - a jednak można? 


miami ink

Bakcyle mają to do siebie, że się je łapie niepostrzeżenie i na ogół mimo woli.
Stosunek do tatuaży mam ambiwalentny. Klasycznie: chciałabym i się boję. BO piękne przecież i tak bajecznie kolorowe i ekscentryczne i osobowościowe i takie charakterne i nie dla mięczaków. ALE na całe życie, na zawsze, taki sam codziennie, marszczyć się stara skóra będzie a on razem z nią, boleć może, podobać się przestać może, artysta gorszy dzień mieć może i mu się igiełka jakoś krzywo obsunie… I tak od lat tkwię wśród argumentów wzajemnie się znoszących, zawieszona w próżni niepodjętej decyzji.
Kolejna pamiątka z ostatniej podróży to kiełkująca coraz groźniej ochota. Właśnie bakcyl. Ochota, żeby jednak. Żeby za rok pojechać, wejść, powiedzieć: Cześć chłopaki, gadaliśmy rok temu i właśnie jestem gotowa – robimy… Tak, byłam tam, poczułam się od razu, jak u starych znajomych w dużym pokoju. Kanapa, kawa, kolorowe ściany, swojsko i wesoło. Rozmowa toczyła się bez gwiazdorskiego zadęcia, były śmiechy i przekomarzanie. Nawet syn zadomowił się natychmiast.
No i co? Zrobię? 












człowiek z liściem na głowie

Lubię język polski. Zawsze lubiłam. Nurzanie się w słowie sprawia mi przyjemność niczym kąpiel z pianką albo budyń waniliowy. Trafna metafora albo zestawienie słów pozornie sobie obcych zatrzymując mnie w lekturze, rozpuszczają się długo a ja powoli rozcieram je na podniebieniu, jak szwajcarską czekoladkę w czasach PRL-u. Kiedyś podniecałam się językowymi piętrusami wielokrotnie poskładanymi, poezją wieloznaczności i  majstersztykami ozdobników. Dziś bardziej cenię trafność, finezję i humor w doborze słów.
Przeszkadza mi, gdy słyszę wokół siebie błędy językowe. Sama je zapewne popełniam ale staram się nad tym pracować choć wielu pewnie nie jestem nawet świadoma. Takie wtopy są najgorsze. To jak z tym nieszczęsnym liściem na głowie. Masz we włosach śmiecia i robisz z siebie głupa ale nikt nic nie mówi. Podobnie ze słowem. Nikt nie ma odwagi powiedzieć wprost, że chyba chciałeś powiedzieć coś inaczej, mimo dobrych intencji. Przecież włącznik się nie wlancza, a on wszedł choć ona weszła, linia oporu nie jest najmniejsza tylko to opór jest na niej najmniejszy itp itd.  Chciałabym, żeby życzliwe mi osoby poprawiały mnie równie swobodnie, jak zdejmują mi paproszek z ramienia. Tak robią ludzie sobie bliscy...
Sama ostatnio coś takiego zrobiłam. Po kilku razach, gdy zgrzyt mi przez uszy przechodził, odważyłam się i zwróciłam uwagę. Najdelikatniej, jak potrafiłam. I widziałam, że cios w serce trafił i ugodził boleśnie. I teraz już kolejny dzień mam wyrzuty sumienia.
To jak to jest? Mówić  "człowiekowi z językowym liściem na głowie", że ma szczypiorek między zębami czy czekać aż się sam zorientuje?

Człowiek z liściem w dziobie poniżej :) 




a w majami się nosi

Na Florydzie nosi się głównie stan ducha. Ciuchy to kwestia wtórna. Obowiązuje uśmiech i pogoda. Luzik się czuje. A do tego dużo pasuje. Formalnie i nieformalnie. Na jachcie, basenie, deptaku, publicznej plaży, w dzielnicy kolorowych czy w supermarkecie. Ten słoneczny duch pozwala zapominać o wieku, mankamentach ciała czy urody. Kolor, wygoda, komfort, jakość. To tak ogólnie.
Nie da się ukryć, że poza wielkimi miastami Ameryka ubiera się w Wal Mart. Bo blisko, bo tanio. Ale w miastach ceni się oryginalność. Nie musi być drogo i markowo, ale "full of yourself". I to lubię.


Wracając do moich obserwacji: jak już z bliska się popodgląda,  to pewne schematy można wytropić. 
1. Krótko z przodu. Osobiście dla mnie dramat. Młode matki wiedzą, o co chodzi. Koszulki, bluzy, bluzki dość szerokie ale krótkie. Kolejne klisze z lat minionych. Bluzki odsłaniające pępek lub kończące się na wysokości paska od spodni. Z tyłu raczej długość do biodra, nery zasłonięte, normalnie...
2. Koronki. Znowu trudno mi to łyknąć. Koronki wszelkie: od babcinych szydełkowych serwetek w roli rękawów albo panelu wokół dekoltu, po cale plecy z klasycznej firanki.
3. Kardigany dziergane. Kojarzą mi się ze zmechaconymi sweterkami z lumpa. Kolory wszelkie, wzorki kiczowate, rzuciki, paseczki. Rozmiętoszone rękawy, workowate korpusy. Nie wiem, komu w tym ładnie. Faktury gruzełkowe, porozciągane, posupełkowane, zużyte jednym słowem i to chyba jeszcze przez babcie...
4. Spodnie ciągle mega obciślakowe rurki oraz takie same z dzwonkami na dole. Dzwonkami dzwoneczkami bo przy takich obcisłych nogawkach trudno mówić  o dzwonach czy szwedach, które pojawiają się u nas.
5. Szorty krótkie najlepiej do podpośladkowego zgięcia urypane dżinsy. Do nich wszystko działa o każdej porze i okazji.
6. Buty. Królują płaskie sandałki i plastikowe japonki a jak już ktoś ma większe ambicje to ściachane tenisówki lub platformy niebotyczne. Trochę espadryli, mokasynków, balerinek. Bez szczególnych objawień.

I co jeszcze? Tu nie ma snoba na marki, które u nas są czczone: Tommy, Polo, Lasocte, Abercrombie, GAP... To zwykle sklepy, a nawet jeśli nie całkiem, to w nich też obowiązuje bezpretensjonalnie dobry nastrój i pogoda.


PS. to wszystko na ulicach a na półkach sklepowych królują lata 50-te: sukienki na halkach i spodnie 7/8, kobieco, a'la Mad Man. Ciekawe, kiedy przyjdzie do nas? :)










powroty z wakacji

Kiedy byłam dzieckiem, powroty z wakacji były smutne, bo walił się w gruzy świat zbudowany z nowych letnich relacji. Świat, który przecież zdawał się być trwały i niemalże dożywotni. Tymczasem nagle okazywało się, że sierpień się kończy i czas zakopać pod oznaczoną sosenką metalowe pudełko pełne wyznań "że na zawsze i że za rok", którego i tak nigdy nikt juz nie wykopywał. Pożegnanie bolało duszę dziecięcą  okrutnie, ale szybkość zapominania równoważyła intensywność rozpaczy. Szybko uwagę mą odwracało i katusze rozstań koiło wybieranie nowych zeszytów i okładanie podręczników w papier z ulubionych kalendarzy. Wrzesień, mimo wszystko, zaczynał się ekscytująco a w domu czekało mnóstwo atrakcji.
Teraz wakacje nie są tak oczywiste. Z resztą, jak się dorasta to nic już nie jest takie proste, jak miało być kiedy się dorośnie. Teraz trzeba czas wykraść rzeczywistości a ona upomina się o nas i tak szybciej niż chcielibyśmy i nie daje oszukać ani o jeden dzien. 

W tym roku pierwszy raz we troje przebyliśmy ocean. Wyposzczeni podroży, bo odkąd byłam w ciąży jakoś zachowawczo podchodziliśmy do dalszych wypraw, "jaraliśmy się jak dziki". No i cudnie było: palmy, słońce, kolory, frytki, bajgle, zakupy i czas we troje RAZEM. Jeszcze pewnie sporo miejsca poświęcę temu wyjazdowi, bo akumulatory naładowałam i mam zamiar długo delektować się wspomnieniami…
Jednak trzeba było wrócić. Trudno. Zniosłam dzielnie perspektywę nieuniknionego, pakowanie, 12h w samolotach z dzieckiem. Dopiero po trzech dniach po powrocie, pierwszy raz poczułam uderzeniową falę porażającej paniki "uciekajmy stad!" a czemu?

Nasz naród łatwo poznać na świecie: skwaszeni ludzie o twarzach wyrażających wieczne rozczarowanie, rzucający wyniośle spojrzenia, wynikające z kompleksów, zwykłego braku kultury i obycia. Europejczycy o sowieckiej mentalności, pełni arogancji, z trwałym szczękościskiem który uśmiechać pozwala się tylko po kielichu albo do bliskich.
A uśmiech jest łatwy, jak oddychanie. I tak samo potrzebny. Uśmiech dla pieszego, którego się przepuszcza na pasach i dla kierowcy, który przepuszcza rower, dla pani w sklepie i dla kupującego, na stacji benzynowej, na lotnisku, w kawiarni, w metrze, na ulicy... Można powiedzieć dzień dobry nieznajomemu, który mieszka obok w hotelu, można pożartować na basenie, można podać obcemu śmietankę do kawy podczas śniadania i można się uśmiechać. Łatwo się żyje w takim klimacie... Tak przyjemnie w powierzchowności tej trwać i błogo się uśmiechać. Nic nie kosztuje, nie boli, umila życie po prostu...

Powściągliwość nasza narodowa obuchem walnęła mnie w łeb rozmarzony jeszcze na lotnisku. Ale ogłuszona jakoś nie zajarzyłam, co przytępiło mi percepcję. Dopiero wczoraj dotarło do mnie z całym rozmachem. Wybrałam się z małym do centrum. Już w samochodzie się zaczęło: przepychanki, zajazdy, podjazdy, wygrażanie, wczesy na trzeciego, będę pierwszy itp. Potem na ulicy: mały drepczący po chodniku ruch hamuje i pani z siatami niewygodnie. Jak przepuściłam kogoś do windy bo ja z wózkiem i dzieckiem za rękę, to nie dość, że ten tą windą odjechał, to nawet dziękuję nie usłyszałam. W kolejce zamiast uśmiechu z jednej strony spotkał mnie pan, który pluł a z drugiej pani, co w zębach grzebała i torebką mi na plecy się kładła z miną oburzona, że się z wózkiem w kolejce słabo przesuwam...

I tak z każdej strony. Kwas, pleśń, rdza i grzyby... A ja mam uparcie ten uśmiech dla całego świata zdrętwiały z głębokim postanowieniem, że nie zdrapią mi go kruki wrony. I będę go hodować i pieścić wbrew wszystkim smętom. Może w końcu coś się zmieni w tym mentalnie burym kraju. Oby wystarczyło mi sił do następnych wakacji...



po konkursie

przepraszam za taki przestój. podróże trochę się przedłużyły... 
zwycięski wpis już wybrany ale jest problem... nie mamy maila do osoby, która wygrała! :(((
proszę o sygnał (maila) od Magdy - autorki historyjki kisielowej :)
mam nadzieję, że uda nam się bezproblemowo domknąć temat. 
:) 

konkurs śliniakowy

Zaledwie kilka dni chodziłam do przedszkola a do dziś pamiętam straszny zapach kanapek z pastą szprotkową i koleżankę, która nienawidziła mleka do tego stopnia, że na zawołanie krztusiła się nim na tyle skutecznie, że płynęło nosem i w panice odpuszczano jej resztę kubka.  Z dzieciństwa pamiętam smak przecieranego pomidorka, którego cierpliwie robiła mi babcia, smak białego sera na wsi i przerażenie na myśl, że mam zjeść gotowaną marchewkę. Wspomnienia są wyraźne, aromatyczne, kolorowe. Jakie są Wasze najwcześniejsze wspomnienia talerzowe? Macie traumę szpinakową albo nadal dreszcze na widok tłustych ok w rosole?
Na najdowcipniejszego autora czeka jeden ze śliniaków z oferty www.bibabu.pl (aby wziąć udział w konkursie należy polubić na fcb i zostawić swój wpis poniżej). 
Konkurs trwa do 21.03. 



koko

w tym magicznym miejscu małe dzieci uczą się komunikować z dorosłymi na długo zanim nauczą się mówić. tu się miga! 
a przy tym się śpiewa, czyta i rozmawia. tu się słucha bajek, tu się dotyka i sprawdza. tu się wchodzi po miękkich schodach i zagląda do tunelu. gra na marakasach, jajkach i klekoczącym krokodylu. w kolorowych butelkach kryją się skarby. pod sufitem mieszkają ptaszki. można być kowbojem na koniu albo reniferem z dzwonkiem. można się kimnąć i nikt się nie obrazi. magiczna niebieska maszynka puszcza bańki mydlane i można lizać podłogę. tu rodzina słoni gra na bębnach i robi zastrzyki. i wszyscy są zadowoleni i uśmiechają się i rozumieją co, ktoś chciał przez coś powiedzieć, nawet jak nic nie powiedział  :)  lajkyt i S. też :) 

TUTAJ więcej w wywiadzie, który przeprowadziłam dla kobietnik.pl 









ssij, pij, łykaj, nie rozlewaj

O sprzęcie do picia tym razem. Znów doświadczeń mnóstwo bez sensu i gratów półka. Najpierw młody ciągnął tylko „z matki”, więc nie było tematu. Czasem dla rodzicielskiego zbytu dostawał wodę ze szklanki albo kubeczka i im bardziej dorosły był to sprzęt, tym lepiej mu szło. Łącznie z tym, że potrafił pić kilka łyczków ze szklanej butelki z gwinta, jak żul osiedlowy niemalże. Potem odstawił się od ssania i był szybki dramat, żeby jakaś smoczkowa butelka poszła. Udało się ale zapomniał za to, jak się kubka używa bo wodę też z butli doił… i zaczęła się polka galopka: co tu zaserwować za naczynie sprytne, żeby pić było najwygodniej i najlepiej?  Rady i porady z każdej strony i weź tu człowieku bądź mądry… 

bez wdawania się w detale poniżej opis stanu obecnego:

1.       Ikea żabka – omijać łukiem szerokim, chyba, że jako kubeczek na pędzelki i kredki. Cieknie każdą możliwą szczeliną i dopóki dziecko nie umie pić samodzielnie z normalnego kubka, nie wchodzi w grę. U nas na razie leży i się kurzy i pewnie nie wrócimy do niego bo nas rozczarował totalnie…
2.       Doidy  – wierzę, że jeszcze się przyda bo wszystkie argumenty racjonalne przemawiają za. No fajny design i ten plastik miły i lekki i kolor śliczny. Niestety S. zalewa się całkowicie, zachłystując się spektakularnie i gryzie kubek w dolny wystający element, zamiast z niego pić… hmmm…
3.       Tum tum – słomka jest boska do gryzienia i miętoszenia, ale żeby zasysać płyn to raczej śmieszne, jak mama to pokazuje jest OK, ale samemu „nie-e”… Prześliczny bidonik, ma okrągły kształt w środku więc, jak się picie kończy to faktycznie nic nie ma, bo spływa do końca wszystko. Jeszcze za wcześnie, choć co jakiś czas próbujemy bo obrazki kuszą a i poręczny bardzo do rączki małej.
4.       Hop pop  - cudny kubek co to niby nie kapie i uczy i ma przezroczysty kawałek, żeby było widać ile płynu… jasne… śliczny i milutki do trzymania, jak pić już się umie. Jeśli chodzi o człowieka niepijącego, doskonale potrafi słabe strony wykorzystać i nieszczelność wykazać. Cieknie… za dużo płynu się leje w dziób, więc następuje zalanie z podtopieniem. Też czeka na kolejne bardziej dojrzałe próby.
5.       MAM – pierwszy niekapek, z którego młody pociągnął i od razu wiedział, o co chodzi. Nie potrafię wytłumaczyć przyczyny. Ładny, poręczny, idealna objętość. Do tego ma nakrywkę, więc spoko do torebki można zapakować. Dopiero po tym niekapku S. skumał, że inne, które już miał wcześniej, działają na tej samej zasadzie. Woda wylewa się dopiero po intensywnym waleniu nim o podłogę, ewentualnie jak mama nie dokręci… :)
6.       Canpol – niekapek zaakceptowany dopiero po załapaniu metody spożycia na poprzednim modelu. Nie ma jak zabrać go do torby bo nie ma zatyczki i trochę przy wstrząsach cieknie (chyba, że zgubiłam i nie pamiętam). Boczne uchwyty może i wygodne dla dziecka ale nieporęczne przy zakręcaniu. Ogólnie spoko daje radę.
7.       Tommee T. – bidon za duży, za ciężki i na razie słomka o nieodgadniętym przez syna zastosowaniu. Czeka na kolejny etap rozwojowy.
Wyjdzie na to, że znowu ulegam marketingowej manipulacji, ale jak widać sporo przetestowałam metod nawadniania syna i MAM na tym etapie wypada najlepiej z Canpolem tuż na plecach. Nie próbowałam kubeczków 360 i jeszcze jest kilka patentów, które chętnie bym pomacała osobiście ale już chyba nie przy tym potomku :)  Mam nadzieję, że niebawem nauczy się pić nie tylko z niekapka bo jednak chciałabym już normalne naczynia w domu uruchomić... 


truskawka

odkrywanie i przyswajanie rzeczy oczywistych dla dorosłego to dla dziecka eksploracja nowych wszechświatów. nie wystarczy jednak, że wszystko wokół jest do odkrycia. niektórzy dorośli postanowili dziecku ubarwić dodatkowo wysiłek poznawczy i stworzyli "pomoce"... czasem patrzę na książeczki i obrazki, które w niczym nie przypominają swych naturalnych pierwowzorów, i zastanawiam się, jak dziecko ma rozpoznać zwierzątko, skoro nie zachowuje ono ani proporcji, ani kolorów, ani kształtów, ani nawet śladowego podobieństwa wobec przyrodniczej matrycy... czasem dorosłemu trudno rozpoznać narysowane w książeczkach dla dzieci stwory, które okazują się być zwyczajną krówką, króliczkiem czy kotkiem... 
z resztą o książeczkach to oddzielną książkę można napisać... 
tymczasem sama staram się pokazywać młodemu książeczki i opisane w nich obiekty możliwie szybko porównywać z odpowiednikami w realu. najłatwiej poszło z owocami: jabłuszka, cytrynki, pomarańcze, banany - wszystkie były w zasięgu. i jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy pierwsza rozpoznana została truskawka... hmmm... a widział ją tylko jako rozmrożoną breję... 
i weź tu człowieku edukuj kreatywnie :)))





julka i kulka

jak się ma rok i dni parę to się człowiek całkiem na legalu i oficjalnie łapie do grupy wiekowej od 1 do 5, nie? jako, że się łapiemy, to zaliczyliśmy teatr i spektakl z prawdziwego zdarzenia :) teatr małego widza :) no cudo!
julka robi sztuki z ciałem swym gimnastycznie po olimpijsku wygiętym a kulka turla się różowo, przykuwając uwagę. a do tego wiolonczela cudowne tło podrzuca i fabułę muzycznie opowiada. syn był wciągnięty maksymalnie. pierwszy rząd, siedzimy na podłodze, otwarty ryjek i skupienie 100%. byłam dumna bo mój potom wytrzymał - do końca wytrwał w zainteresowaniu, choć niektóre starsze dzieci głośno i wyraźnie protestowały. 
teatr małego widza ma swoje zasady - to młodość nieletnia jest najważniejsza, to dla nich są spektakle, to oni mają dobrze widzieć i bawić się bez skrępowania, można się pytać, można wyjaśniać, można nawet płakać i bez skrępowania okazywać emocje! a po spektaklu nawet można się bawić z aktorami na scenie :) 
na pewno wrócimy bo spektakli jest więcej...




a chwalić się będę

czasem sobie trzeba zrobić dobrze i jak ktoś człowieka doceni, to należy to światu całemu wszem i wobec głośno i wyraźnie. a jak jeszcze docenia ktoś, kogo się lubi, to szczególnie jest miło. gdyby więcej było takich wzajemnych bezinteresownych dopieszczań, to świat byłby sympatyczniejszy... 
a wstęp z okazji wyróżnienia BLOG TYGODNIA MAMABU  
dziękuję :) 


miarka

no już wiem! nie dawało mi spokoju i w końcu znalazłam :) 










http://www.nietylkodzieciaki.pl/2012/02/ale-szafa.html/szafa4

jeszcze będzie czas

gdy dziecko ma rok, rozumie bardzo dużo, ale jeszcze więcej nie rozumie. sztuką jest wspieranie dziecka w jego rozwoju i dostosowywanie się do jego tempa ogarniania świata. czasem łapię się na tym, że chciałabym bawić się w jakąś zabawę, która sprawi radość 3-4-latkowi ale dla mojego dziecka jest zbyt abstrakcyjna, wymaga koncentracji albo innych umiejętności, niż te które posiadło. dumna jestem z osiągnięć ale czasem zapędzam się w pułapkę, że skoro już udało się TO, można spróbować TAMTO...
ale otrzeźwia mnie i kubeł zimnej wody serwuje mi obserwacja otoczenia, w którym rodzice często lepiej bawią się od swoich dzieci "sprawiając im radość i wspierając ich rozwój". nie wrzucam wszystkich do jednego wora, nie chcę dotknąć nikogo, ale wychodzę z założenia, że jeszcze będzie czas na świadome i radosne przeżywanie przez moje dziecko kolejnych życiowych etapów i nie wtłaczam syna na siłę w role, których nie jest gotów pełnić i które nie mają sensu.
nie jeździ w tym roku na sankach, nie chodzi na bale przebierańców, nie był na kuligu, nie ma ipada z aplikacjami edukacyjnymi, nie czytam mu do snu Sienkiewicza, nie umie sam liczyć ani rozpoznawać zwierząt Afryki i Azji, i nie je sam metalowym widelcem... 

o zgrozo! jakże złymi ludźmi jesteśmy! S. nie będzie miał kinderbalu z okazji pierwszych urodzin! tak, w tym tygodniu trzaska roczek a my spotkamy się z dziadkami, zjemy ciastko i nie będzie balonów, klauna, kucyka, pani animatorki, malowania buzi, tłumu gości, biesiady weselnopodobnej... prezenty dostał kilka dni temu, ale tylko dlatego, że coś fajnego wpadło nam w oko a przy okazji wyczerpał się potencjał dotychczasowych książeczek. dostał i miał zabawę i radość i dlaczego miałam czekać do DATY, skoro mógł się bawić już? 

życzę wszystkim dzieciom, które kończą właśnie pierwszy rok swego życia, żeby nie pamiętały i żeby wybaczyły... 


PS. nie pamiętam, gdzie znalazłam podobną miarkę wzrostu, ale dziś szukałam i szukałam i nie mogłam wygrzebać, żeby podać adres inspiracji. w każdym razie gdzieś jest podobna, a tą zrobiłam na drzwiach do młodego :)
dziwne, ale S. na stojaka przy tej miarce jest mniejszy, niż jak go mierzy lekarz... hmmm... no i o co chodzi?




flanela i żądze

Ciało kobiety uwolnione od hormonalnych zobowiązań wobec potomka przyjemnie wraca do formy.
Etapy za nami: 1 - ciąża - zaliczony, 2 - połóg - odhaczone, 3 - karmienie - z bani, 4 - dezorientacja organizmu po skończeniu karmienia - za nami.
Etap w toku: 5 - wielki powrót samicy - bierz mnie samcze i prokreacyjne bachanalia rozpocznijmy bezzwłocznie! Nie żeby mi się nie podobało. Wręcz przeciwnie, dawno mi się podobało aż tak! Chuć wszak kwestia naturalna i z głębi trzewi wynikająca, zdrowa znaczy się, cywilizacją jej na siłę tłumić nie będę... 
Tylko, czy w takim momencie życia musi być minus 30? A w jaskini rozpusty flanela, bawełna, skarpeta frote i dodatkowy koc na kołdrze????
Wiosno! Wiesz, o co chodzi! No kaamaaan!!!!





gazeta czy co?

Można jeść pasztetową na gazecie a można kawior na Rosenthalu. Kwestia potrzeb i wyboru. Ale wybór świadomy to kwestia pewnej dojrzałości i sumy ludzkich doświadczeń. Jak się jest młodym rodzicem, to żadna suma doświadczeń własnych nie jest w stanie pomóc w wyborze, który chciałoby się nazwać świadomym. Na przykład wybór „zastawy stołowej” dla potomka nie jest tak banalną sprawą, jak mogłoby się wydawać. Ładne ma być, praktyczne, nietłukące, niespieralne w zmywarce, z bezpiecznych materiałów, nieprzesuwalne po blaciku, łatwo myjące, poręczne itd. itp. No i czym się taki rodzic kieruje, jak do sklepu pójdzie? Intuicja? Cena? Opinia sprzedawcy? No i miota się rodzic i nabywa i nabywa i nabywa a przestrzeń w domu obrasta i obrasta… niektóre gadżety sprawdzają się adekwatnie do ceny i są niezastąpione, inne odpadają błyskawicznie po crashtestach dziecięcych…

W sprawie dziecięcej zastawy doświadczenia mamy następujące. 
  1.  Jeden z pierwszych zakupów – zestaw TumTum – miseczka i talerzyk – śliczne, trwałe, pod spodem ogumowane więc się nie przemieszczają, dodatkowo mają wyprofilowane „Różki”, żeby uciekające jedzenie łatwiej było złapać na łyżeczkę. Faworyci na naszej liście.
  2.  Ikea – podstawowy zestaw plastikowy – idealne do szybkich przekąsek bez celebrowania, doskonałe do ręki rodzica – żadnych bajerów, w zmywarce jedna miseczka lekko zmieniła kształt :)
  3. Ikea – zestaw żabo-podobny – miseczka miała mieć przyssawkę, kupiona na etapie, gdy ręka dziecka lubi zrzucać i rozrzucać wszystko – niestety przyssawka kompletnie do bani, sama miseczka niezbyt wygodna, nic szczególnego.
  4. Krówka – melanina jakaś supermarketowa – gumka pod spodem, więc się nie ślizga, zmywarkę wytrzymuje, ale jakoś tak nie przepadamy za nią bez konkretnej przyczyny.
  5. Talerz Skip Hop -  tacka z przegródkami – ma potencjał więc go nie odrzucamy – na razie zaledwie kilka razy coś się łapką wygrzebywało i jadło ale na co dzień jeszcze za mało jemy aż tak zróżnicowanych posiłków. Stabilny trójdzielny talerzyk na bardzo wygodnej tacce antypoślizgowej z uchwytami na sztućce. Będzie idealny, gdy młody dorośnie do wspólnego stołu a nie krzesełka i do samodzielnego grzebania w obiedzie.
  6. MAM – miseczka z hermetyczną pokrywką i przyssawką – jedyna przyssawka, która działa bez zarzutu, nie ruszy się za Chiny, do tego ma w jednym miejscu głębsze dno więc ułatwia dokańczanie potraw i wygrzebywanie ich do ostatka J bardzo szczelnie zamyka się wieczko, na razie u nas nie ma to zastosowania ale niewątpliwie jest to zaleta np. w podróży czy podczas spaceru.
  7. Mebby - miseczka z pokrywką i przyssawką – pokrywka taka sobie, choć pomaga utrzymać temperaturę, przyssawka nawet nieźle działa, do tego uchwyt na sztućce.

Z powyższych polecam dla estetycznej i funkcjonalnej przyjemności – TumTum, MAM i za chwilę dla ciut starszego Skip Hop.  
Niebawem dalszy ciąg, tym razem o doświadczeniach z piciem…  :)   




o sypaniu się

Z reguły człowiek jest nieszczęśliwy bo się sypie. Czasem jednak człowiek się sypie, bo jest nieszczęśliwy. Moje ciało nigdy nie było i nie jest traktowane jak świątynia i daleko mi do filozoficznego uwielbienia i szacunku dla swojego organizmu. Nie jest to jednak bynajmniej zupełnie obcy mi temat. Jestem bowiem estetką i pustą egocentryczka,  w związku z czym, lustro jest moim najlepszym przyjacielem i wrogiem najpodlejszym zarazem. Dołują mnie zmarszczki, poruszają pryszcze, fałdka odbiera pewność siebie  a skóra zmęczona przez ciążę i kilka lat hedonizmu ją poprzedzającego odbiera humor. Równocześnie uskrzydla nowa para butów, kokieterię wyzwala sexy bielizna, nowa fryzura ujmuje lat a zgubione na siłowni centymetry nadmuchują samoocenę. Taka huśtawka jest chyba po babsku w miarę normalna. Wiem, jak dotkliwie stan ciała może determinować stan ducha...

Nie doświadczyłam jednak osobiście sytuacji odwrotnej, a od pewnego czasu z przerażeniem obserwuję, jak moja nieszczęśliwa przyjaciółka zapada się w swym ciele.  A właściwie, jak jej ciało zapada ją samą.
I nie chodzi o złe samopoczucie połączone z chandrą i zmęczeniem. Do gry wchodzą kolejni lekarze bardzo skomplikowanych specjalizacji, szpitale, badania, rezonanse, echa i wciąż przyczyny znaleźć nie można. Niby coś się pojawia, ale żeby aż takie dawało  efekty? I poszukiwania trwają. 

Ja tymczasem obserwuję od lat, jak bunt ciała się pogłębia. I mam diagnozę daleką od medycznych, ale jestem jej pewna: toksyna międzyludzka zatruje najzdrowsze ciało...

szuflada

Szuflada nie wydaje się być miejscem intymnym (w kontekście przestrzeni domowej, żeby nie było niedomówień), dopóki nie grozi jej przeszper intruza nieokiełznanego. Ostatnio nieustannie czuję, że za moimi plecami ktoś może dokonać rewizji osobistej, ale nie wiem kiedy, ani gdzie zaatakuje przyczajony tygrys. Nie mamy w domu za dużo mebli ani przestrzeni groźnych dla dziecka, ale ze zgrozą zdałam sobie sprawę, że on z całą stanowczością odkrył magiczną moc swoich rąk - otwierają… na pierwszy ogień szuflady poszły… a dziś po raz kolejny zastanawiałam się, dlaczego nie domknęłam zamrażalnika… 



buty, butki, buciki

Nie znam kobiety, która nie lubi butów. Skąd to się bierze, nie mam pojęcia. Moja koleżanka kupiła kilka par córce, zanim ta się narodziła J i ja to rozumiem, bo S. też już ma swoje J
Często popełniamy zbrodnie wobec stóp własnych – buty piękne ale za ciasne, za twarde, za wąskie, za wysokie itp. Dorosłe jesteśmy i mózgi mamy, więc wyłącznie na własne życzenie hodujemy odciski, deformacje, otarcia. Jednak w przypadku stopy dziecka warto wybrać racjonalnie.  Od pewnego czasu młody lata w skórzanych mięciutkich wsuwkach z żabkami.
  •          stópka dziecka rozwija się i rośnie aż do 15 roku życia
  •         dziecko rodzi się ze zdrowymi stopami, dopiero niewłaściwa ich pielęgnacja, złe obuwie i zwykle niedbalstwo rodziców w tej kwestii prowadzi do deformacji stóp
  •        nadal pokutuje mit, że zawsze i wszędzie dziecko powinno mieć na nogach buty lub kapcie, najlepiej takie wysokie, za kostkę, z twardą podeszwą i, co najważniejsze, ze sztywnym zapiętkiem. Sztywny zapiętek i wysokie cholewki butów nie są potrzebne zdrowej stopie, która dopiero co uczy się stawiać pierwsze kroki. Najlepiej jest chodzić boso, bo wtedy stopa nie  jest niczym skrępowana i może się swobodnie modelować i rosnąć. Stopa dziecka jest stworzona z miękkich chrząstek, które kształtują się i twardnieją z wiekiem. Jeżeli włożymy stopę dziecka w sztywny i twardy bucik, to szybko dostosuje się do jego kształtu i będzie się nienaturalnie formować,  a ewentualne uciski czy niedogodności nie są odczuwalne przez dziecko, ponieważ miękka stopa nie odczuwa bólu w takim samym stopniu, jak ta już wykształcona u dorosłych. W zbyt ciasnym bucie, gdzie naciska on na stopę, zmniejsza się krążenie, a palce ulegają deformacji.
  •           ważne, by obuwie wybrane dla dziecka było odpowiednio większe, przynajmniej o 12 mm, by stopa miała luz, a dziecko mogło swobodnie zginać paluchy. Ważne by dziecko jak najwięcej chodziło boso, wszędzie tam, gdzie jest to tylko możliwe. Na plaży, trawie, piasku - to doskonały masaż dla stóp. Dzięki chodzeniu na bosaka wzmacniają się mięśnie, więzadła, korygują się nieprawidłowości takie jak płaskostopie, a organizm się hartuje, relaksuje i odpręża
  •       w miękkim buciku z naturalnej skóry stopa czuje się niezwykle komfortowo, ponieważ jest odpowiednio zabezpieczona przed niebezpiecznym poślizgiem, ma zapewnioną odpowiednią temperaturę zimą, a latem pozwala stopie oddychać. Butki sprawdzają się nie tylko we wnętrzach, ale i na zewnątrz, nawet w ogrodzie czy na placu zabaw. 

Kilka marek produkuje takie buciki i zachwyca wzornictwem. Małe dzieła sztuki z mięciutkiej skórki. Cenowo rozpiętość jest wielka: 35 - 160zł. W sieci jest butków sporo, tylko trzeba wiedzieć, czego szukać np. PreShoes - polecam też blog pod patronatem tej marki TUTAJ 
Sterntaler  i  Robeez  
*tekst w oparciu o materiały PreShoes



krzesełko IKEA - uwaga!

IKEA otrzymała zgłoszenia, że pas zabezpieczający w wysokim krzesełku dla dzieci może niespodziewanie się odpiąć podczas użytkowania, stwarzając ryzyko wypadnięcia dziecka. Wszyscy klienci, którzy posiadają wysokie krzesełko ANTILOP, proszeni są o sprawdzenie numeru dostawcy i datę produkcji umieszczone na spodzie siedziska.
Jeśli na produkcie znajduje się numer dostawcy #17389 oraz data produkcji w okresie 0607-0911 (RRMM) - tzn od roku 2006 od lipca do roku 2009 do listopada, klienci proszeni są o kontakt z Działem Obsługi Klienta , gdzie uzyskają informacje, jak otrzymać nowy pas zabezpieczający, bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów.
Dotyczy wyłącznie artykułu z wyżej wymienionym numerem dostawcy i datą produkcji:
401-400-46 ANTILOP wysokie krzesełko z zabezpieczeniem niebieski
201-400-47 ANTILOP wysokie krzesełko z zabezpieczeniem czerwony
000-697-25 ANTILOP wysokie krzesełko z zabezpieczeniem biały/srebrny


wreszcie o ciuchach

Rzeczywistość kobiety z małym człowiekiem uczepionym nogi, spodni na tyłku lub rękawa rozciągniętego swetra, jest inna niż tej samej kobiety rok wcześniej. A nawet pół roku wcześniej. Nie stanowiło problemu robienie zdjęć, przymiarki, wyginanie przed statywem. Jeśli glonojad na chwilę się odlepi to mogłabym niby foty robić ale w domu ciemno więc foty mizerne wychodzą, jak pogoda za oknem. Na spacery raczej chodzę sama a statyw z wózkiem to kombinacja ponad moje siły… choć może byłoby to rozwiązanie :)
Nowy rok jednak być może przyniesie pozytywną zmianę bo na spacerze 1.01.2012 udało się!