Cisza to element deficytowy odkąd pojawia się dziecko. Nabiera
wartości, mnoży odmiany.
Jest cisza błoga, gdy potomek śpi. To cisza upragniona,
wyczekana, relaksująca, kładąca nogi na kanapie i masująca kark. Ta cisza ma w
sobie sapanie, chrząknięcia, kopnięcia w łóżeczko i dziecięce pogadanki, ale
jest cudowna.
Jest cisza dziwnie cicha, gdy dziecko śpi tak spokojnie, że
sprawdza się, czy oddycha bo niewiarygodnym kontrastem zaskakuje wobec rumoru
całego dnia.
Jest cisza stanowiąca
szum tła: robisz coś, ono coś robi, nikt nic nie mówi ale się stuka, się stęka,
się szura, klockami i ciuchcią się dźwięczy. To cisza spokojna i miła. Cisza
nie absolutna ale kontrolowana i bezpiecznie wypełniona nieabsorbującą treścią.
Jest cisza dziwnie pusta, gdy mały ktoś jest poza domem.
Cisza, która tęskni, pomimo zmęczenia i zarobionej chwili oddechu. Cisza
zapomniana, cisza z epoki przed narodzinami dziecka, która już nie jest taką
samą ciszą mimo że brzmi przecież tak samo cicho.
I jest ta jedna specjalna cisza, która zapada w drugim
pokoju. To jest najgłośniej wrzeszcząca cisza świata! To jest cisza
zapowiadająca nadejście złoczyńcy zza rogu. To cisza, która zdarza się Twojemu
dziecku w chwilach największego skupienia i zajęcia się czymś nadzwyczajnym… i
gdy słyszysz tę ciszę, biegniesz na złamanie karku bo być może misie jedzą
kupę, pralka się prawie włączyła z kolekcją kosmetyków i kilkoma butami, ważny
dokument zmienia stan skupienia, albo w nielegalnym użyciu są nielegalne narzędzia.
To jest cisza grozy.
U nas dziś była taka cisza. Był też gdzieś niezmywalny
flamaster do opisywania CD. 30 sekund ciszy. Potem był już tylko cudowny dziki chichot...