pomimo vs przecie



Rodzicielstwo od początku wznosi mnie na wyżyny logistycznych akrobacji, samouporządkowania i dbałości o niezakłócanie bytu środowisku przyrodniczemu i człowieczemu dookoła. To ja sobie na własne życzenie zdezorganizowałam życie potomkiem i nie mogę oczekiwać empatii od ludzi, których temat nie dotyczy. Fakt, że żyjemy w kraju mało przyjaznym rodzicom z małymi dziećmi i dysfunkcyjność systemowa daje w kość, to jednak wychodzę z założenia, że skoro juz tu, to pracę u podstaw zależy od siebie zaczynać i radzić sobie i przykładem świecić pozytywnym, że można POMIMO.  Z codziennością borykam się sama (włączając w to męża oczywiście) i nie oczekuje, że świat rozwinie przede mną czerwony dywan z okazji rodzicielstwa mego. Czasem jednak boli i frustruje gliniaste błoto codziennego survivalu.

Dziś po raz kolejny przekonałam się, że niewiele rzeczy wkurza mnie bardziej od usprawiedliwiania dzieckiem swego lenistwa, bezmyślności, najzwyczajniejszego chamstwa i buractwa.

Mam w tygodniu dla siebie dwie bezcenne godziny sam na sam ze sobą... Czas rozplanowany piętrowo i na zakładki, żeby wykorzystać go na maksa i nie uronić nic na puste przebiegi. Dziś dobiega końca mój czas sielankowy, wiec truchtam w dżdżu  do samochodu a tu, wtem, widzę że zastawiona jestem przez wielkie kombi. I to ze śpiącym w środku dzieckiem. O żesz ty!!! Skąd ludziom przychodzi do głowy takie rozwiązanie? Jako matka tak w ogóle humanitarnie wzdragam sie przed opcją obudzenia brutalnie, no ale jako matka indywidualnie dziecka swojego oczekującego, gotuje się i bulwersacja mnie telepie. Ciśnienie dodatkowo podnosi i uroku sytuacji dopełnia fakt, że są wokół wolne miejsca! Decyzja jednak nie jest trudna - moje dziecko ważniejsze - trąbie. Raz, dwa, trzy. Piane toczę i wzrok mi mętnieje. Dziecko obce nieporuszone śpi a z oddali niespiesznym krokiem tłusta krowa kroczy i z fochem mi uwagę zwraca, że śmiem trąbić! Ja jej na to miejsca wolne obok w zdumieniu pokazuję a ona z niezmąconą pewnością siebie wykazuje mi mój błąd: PRZECIE by dziecka nie widziała, jakby stanęła gdzie indziej. Za bardzo się śpieszyłam, by uznać dyskusje z pastewną intelektualistką za celową. Wszak jej argumenty w optyce bydlęcej grały i buczały skutecznie, jak czołg w poziomkach...

Czemu sama nie potrafię miazgi wokół roztaczać z takim tupetem? Czemu się nie wpycham gdzie mi wygodnie, czemu chaosu nie wprowadzam, czemu sprzątam po swoim dziecku, czemu poziomu hałasu pilnuję, czemu zabawek z piaskownicy nie jumam, czemu komplikuje sobie życie, by innym go nie utrudnić?

O głupia ja!!!!



odrej

Wszystko inne. Wiem. Inne zupełnie. 
Rozmiar, figura, włosy, spojrzenie, kruchość, wdzięk, niepodrabialny urok płochej sarny. 
Bez pereł, bez kapelusza, bez rękawiczek, bez jedwabiu Givenchy, bez Tiffaniego, bez śniadania... Nie, to byłoby nadużycie, śniadanie było...
I pomimo wszystko... skojarzenie miałam czelność mieć...

 



równowaga?



Krąży od pewnego czasu anegdota, którą zna już chyba każda młoda mama - w telegraficznym skrócie - facet wraca do domu a tam armagedon, który żona spokojnie wyjaśnia: zawsze pytasz, co robiłam cały dzień - właśnie dziś tego nie zrobiłam.

Pieściłam wizje rzeczywistości, w której jestem w stanie odpuścić nawał codziennych czynności. I może nie po jednym dniu, ale po tygodniu, gdybym stoicyzm przywdziała i pozwoliła sobie na taką niefrasobliwość: nie ma czystych ubrań, a już na pewno nic nie leży w szafie. Nie ma czystych naczyń a w zmywarce leży męski but, trochę klocków i zbutwiała pluszowa owca. Raczej nie ma co jeść bo nierozpakowane przez tydzień zakupy nie zachęcają do rozpakowania a i tak nikt nie pamięta co tam było, zupa na kuchence musuje spontanicznie bo nikt jej nie schował do lodówki. W kuchni piętrzą się niedojedzone słoiki, strupy zaschniętych resztek i trochę już śmierdzi. W całym mieszkaniu potykamy się o przedmioty, w WC pływa książeczka o częściach ciała… W naszym łóżku jest trochę sucharów, pestek ze śliwek i podarta gazeta, materac jest mokry bo wylała się woda z odkręconej butelki. Ślizgamy się na piasku naniesionym z placu zabaw i błocie z dziecięcych napojów, przyklejamy się do owoców i przekąsek licznie zdobiących podłogę. Podziwiamy fraktale na ścianach, lustrach i oknach – dzieło brudnych dziecięcych rączek, kredek, może też kupy? Faktycznie mogłoby być kolorowo.

A jednak podłoga i ściany są nadal w większości białe, kuchnia i łazienki nie wymagają zeskrobywania niczego pazurami, pranie zrobione, powieszone, czasem trochę leży zanim trafi do szafy ale jest, szama dla potomka gotowa, zapas w lodówce i zamrażarce czeka, dorosłe porcje żywnościowe też prawie zawsze zapewnione, zabawki i książeczki poukładane na półkach, skompletowane klocki w pudełkach, zwierzątka w zagrodzie, fotelik po karmieniach umyty, nektarynka starta ze ściany, podłogi i dziecka. Żona umyta, schudnięta i umalowana. Dziecko żywe i zdrowe, po inspirujących spacerach, edukacyjnych czytankach, rozrywkowych piaskowych babkach, ekologicznych kasztanach, uwrażliwiających zoologicznie pieskach, socjalizujących klubikach malucha i zbilansowanych posiłkach.  

I jak to jest, że fakt, iż w tym czasie nie zarabiam, całkowicie przyćmiewa katalog powyższych codziennych czynności? Czemu sama deprecjonuję kilka etatów składających się na housewife i czuję się pasożytem prosząc o kasę na fryzjera? Ostatnio  w akcie rozpaczy podjęłam się pewnego zadania, żeby wesprzeć domowy budżet. Tracę kolejny weekend dłubiąc ze wstrętem coś, czego organicznie nie cierpię. Tracę czas, tracę momenty, tracę relację...

Nie wiem, jak to pogodzić.

Błyskotliwej pointy dziś nie będzie.  


 

nie ciele

Po facecie z reguły widać od razu, że to samiec albo ciele. Mój najmłodszy facet konsekwentnie pracuje na wizerunek twardego macho i zbiera blizny i dowody swego męstwa. Przy dziurze w czole i ukruszonych jedynach, pozy utrwalone na niektórych zdjęciach dodatkowo świadczą, że temperamencik to on ma rogaty i bynajmniej nie cielęcy...




najpierw


Siedzę w parku, młody śpi. Początek września łaskawy termicznie zezwala na relaks na ławce bez śpiwora. Obserwuje nastolatki, uczennice pobliskiego prestiżowego LO, które spędzają czas po lekcjach na fajku i piwie. Hipokrytką byłabym, gdybym oburzała się ignorując wspomnienia, ale jakoś mi ten obrazek nie leży. 
Dziewczyny ubrane podobnie, tak jak to teraz najwyraźniej wypada. Kolorowe rurki, trampki lub balerinki, luźne bluzki, koszule, jeans i duże torby. Choć siedzą na jednym murku, zasobność portfela dzieli je w widoczny sposób. Jednak o atrakcyjności każdej z nich decyduje coś zupełnie innego. 
Ta  najbardziej bananowa ma na sobie marki: od butów po okulary. Ma świetną fryzurę, pomalowane paznokcie i pali drogie papierosy. Siedzi na chodniku w niedbałej pozie i jest gwiazdą. Emanująca z niej arogancja i nonszalancja odbierają całkowicie urok nastolatki, upodabniając raczej do zrypanej przez życie czterdziestki „co z niejednego pieca”... 
Na skrajnym biegunie drobna blondynka, naturalność, wdzięk ujmujący i skromność. Ale taka skromność, co się z pewnością siebie i samooceną nie kłóci. Nosi główkę wysoko, wyprostowana, roześmiana, opowiada coś gestykulując i promienieje.

A ja tak sobie patrzę i zastanawiam się, jak skutecznie wytłumaczyć dziecku, że fajnie jest mieć, ale najpierw trzeba być.



o robieniu loda


Nie rób tak więcej - powiedziała z naganą, gdy przez jego nieostrożność piasek sypnął jej w twarz. Przestał, ale nie był zadowolony. Patrzył na piasek i na nią z niemym wyrzutem. Choć milczał, ona wiedziała, że musi zmienić temat i odwrócić jego uwagę. Słońce świeciło przez liście i malowało cienie na ich twarzach. Wzięła go za rękę i pociągnęła. Chodź, zrobię ci loda, chcesz? Poszedł za nią i nie przeszkadzało im, że patrzyłam. Wzięła do ręki różową foremkę i żółtą łopatką nasypała piasek, wprawnym ruchem postawiła na brzegu piaskownicy pięknego trzykulkowego loda w rożku. A mój syn jej wybaczył.
Świat oszalał, obyczaje pogrzebano a ja jestem w szoku, że pierwszego loda można zaliczyć mając półtora roku. Publicznie! A ojciec tego nie widział...


nudzą się

podobno podczas deszczu dzieci się nudzą. tym razem ewidentnie matka nudziła się bardziej. szkoda tylko, że S. tego nie docenił i bardziej interesował się ścinkami niż papierowym designem rodzicielki... ech... 
za to potem impreza się tak rozkręciła, że przed szaleńczą decyzją o tatuażu nie powstrzymał młodego nawet nosorożec i tak wyglądali później...












się ubawiłam

Co ma zrobić mężczyzna, aby zrozumieć ciężarną kobietę? Instrukcja - krok po kroku:

1-3 miesiąc 

1. Każdego wieczora organizuj sobie zatrucie - na przykład zjedz przeterminowaną rybę i popij mlekiem. Później dowiesz się, po co. 
2. Następnego ranka wstań, weź pigułkę nasenną i idź do pracy. Jeśli rzeczywiście bardzo źle się czujesz - zostań w domu, ale nie zapomnij posprzątać i ugotuj obiad.
3. Do kostek u nóg przywiąż woreczki z piaskiem - po półtora kilograma na każdą nogę.
4. Przed wyjściem włóż do kieszeni koszuli zdechłą mysz i nie wyjmuj jej!
5. Tego nie jedz, nie wolno ci. Tego też. I tego. Najlepiej zjedz jabłko.
6. Powaliło cię? Rzuć te papierosy! Coca-colę, piwo i inne napoje gazowane też!
7. Usiądź wygodnie i zjedz jogurt. Jeśli nie masz ochoty - to chociaż trochę.
8. Zwymiotowałeś? Posprzątaj po sobie. Nie wołaj żony - jest zajęta.
9. Idź do szpitala na pobranie krwi. Muszą zrobić niezbędne badania.
10. Trzy razy w miesiącu chodź na badania do proktologa.

3-6 miesiąc

1.Do brzucha przywiąż materac z wodą.
2. Gdy się ubierasz - nie odwiązuj go, nawet, gdy próbujesz wciągnąć buty.
3. Śpij również z materacem. Jak to, JAK? Na boku!
4. Nie zapomnij rano zażyć pigułki nasennej.
5. A przed wyjściem do pracy - wypij litr wody.
6. Przed pójściem spać również wypij litr wody i weź tabletkę moczopędną.
7. Do nosa włóż wacik, tak, aby powietrze przechodziło, ale odczuwało się lekką duszność. Wacik noś stale.
8. Masz duszności? Otwórz okno - niektórym pomaga.
9. Idź do szpitala na pobranie krwi. Jak to, PO CO? Zrobić niezbędne badania. Co z tego, że już robiłeś?
10. Trzy razy w miesiącu chodź na badania do proktologa. Materaca nie odwiązuj!

6-9 miesiąc

1. Każdego ranka siadaj na fotel obrotowy i kręć się przez 10 minut. Gdy już organizm odmówi Ci całkowicie współpracy - wstań i szykuj się do pracy. No co ty, kręci ci się w głowie? Współczuję, to na pewno minie.
2. Dolej wody do materaca.
3. Wypij coś moczopędnego, a w pracy wypijaj szklankę wody co godzinę.
4. Postaraj się nie opuszczać miejsca pracy zbyt często. Bądź czujny i dyspozycyjny przez cały dzień. Jeśli przychodzi ci to z łatwością - weź dodatkową pigułkę nasenną.
5. Zwiększ również wagę woreczków z piaskiem, które masz przywiązane do nóg - do 2 kilogramów każdy.
6. Wieczorem, nie odwiązując materaca, połóż się do łóżka i bądź perfekcyjnym, namiętnym kochankiem!
7. Jeśli wydaje ci się, że twoja żona interesuje się innymi mężczyznami - pozostań wspaniałomyślny i wybaczający.
8. Poświęcaj żonie więcej czasu i uwagi. Wyobraź sobie, że jej też jest ciężko!
9. Idź do szpitala na pobranie krwi. Jak to, po co? Po to samo, co zawsze - niezbędne badania.
10. Trzy razy w miesiącu chodź na badania do proktologa. Oczywiście, że z materacem, co za pytanie?

The end

No, dobra, żartowaliśmy, wiemy, że jest to niemożliwe do wykonania. Po prostu odwiedź po raz dwudziesty znajomego proktologa, niech włoży Ci pomarańczę... już on wie, gdzie. Teraz oddychaj głęboko i mocno przyj. Udało się uwolnić od pomarańczy? Wyśmienicie! Możesz już pozbyć się zdechłej myszy i odwiązać materac. 


bakstejdż

z dzieckiem to sobie można... zabawki posprzątać a nie sesje modowe urządzać... 




mono - symptomy kryzysu

Uświadomiłam sobie ze wstydem ostatnio, że poziom intelektualny moich zapisków runął na łeb, żeby nie napisać subtelniej. Zastanawiałam się onegdaj nad wszystkim: jak będzie, jaka będę, jaki on będzie, jakie ono będzie, co z grudki wykiełkuje, jak to jest być rodziną taką dorosłą i prawdziwą. Refleksji było mnóstwo, niektóre naiwne, bezpodstawne, inne prorocze, trochę egzaltowane, ale coś w tej głowie trybiło. Hormony swoje robiły, burzyło się, huczało, tajfuny skrajności latały, ale mieliło. Mieliło tez milion tematów bieżących, kulturalnych, społecznych, medialnych… i nagle czarna dupa. 
Flauta pieluchowa zupą jarzynową wzbierająca. Mamałyga umysłowa. Bielmo mózgu. Kasza intelektualna. Źle mi z tym. Czuję, że staję się zombie matką. Taką, co to zawiesza się na placu zabaw w roli robota stróża karmiciela. Mało mam okazji do spotkań towarzyskich, jeszcze mniej do spotkań z ludźmi bezdzietnymi. Doskwiera mi mono. Monotonia monotematycznej monocodzienności. 
Ogarnia mnie nieodparte wrażenie, że nie mam o czym rozmawiać z „normalnymi”, że poczucie humoru wyjałowiło się do poziomu „a kuku oahahahhahaha”, że książki które są jedną z niewielu rozrywek nie stanowią jakoś wystarczającej podniety do wielowątkowej dyskusji wieczorem przy piwie… i jakoś mi tak monokryzysowo…

A syn mi na to wtedy tak, jak widać poniżej... no i o czym ja mam gadać więcej?


always right mom


Snucie planów związanych z dzieckiem jest domeną ludzi, którzy dziecka się spodziewają, jednak każdy dzień rodzicielstwa praktycznego rewolucjonizuje poglądy w sposób bezpardonowy. Przychodzi taki moment, kiedy młody człowiek, bardzo młody człowiek podkreślam, uświadamia sobie mechanizmy rządzenia i samoświadomość małego tyrana burzy sielankę rodziców. Bo mama w lewo a on z błyskiem w oku w prawo, mama mówi nie wolno a on do buzi, tata mówi siadaj a on biegnie, babcia mówi jemy a on lata samolotem… i wie ten mały człowiek, dokładnie wie, rozumie, kuma, jarzy czego się od niego oczekuje a robi diabeł mały inaczej bo bada granice. 
Zawsze chciałam być fajną mamą, taką wyluzowaną, liberalną, do przytulania i łażenia po drzewach, do mazania, chlapania, eksplorowania i zdobywania świata. Ale oprócz starań i ogromu dobrej woli, oprócz fristajlu w codzienności, oprócz braku rygorystycznego harmonogramu, czasem muszę swą wolę narzucić i to jest TRUDNE. To jest tak strasznie trudne, jak nic do tej pory nie było. Czasem tak bardzo wygodnie jest odpuścić, udawać, że się nie widzi, albo zignorować coś za setnym razem po próbach dziewięćdziesięciu dziewięciu… a w głowie huczy wtedy reprymenda: ŹLE, zapłacisz za to sama z nawiązką głupia babo!!! Bo jest czas na luz i jest czas na bycie hersztem bezkompromisowym. I staram się ale czasem jest tak trudno… 




biało pudrowo

w sumie, to pisać mi się nie chce zbytnio. jasno wyszło jakoś... a to taki puder róż a nie krem... 






stało się


Stało się, zrobił to. Zrobił to nawet podwójnie, choć nie tak, jak się spodziewałam, że zrobi. Spodziewałam się, że biegnąc przez trawnik zaryje w minę, że ufajda się po pachy i będziemy wracać w torbie foliowej albo jakoś tak. Tymczasem macierzyństwo zaskoczyło mnie po raz kolejny bo na spacerze, owszem, kontakt z batonem nastąpił, ale baton był suchy i nawet rączki nie ubrudził… za to w domu... uuuu dzień po upolowaniu balasa na chodniku, syn zdegustował wyrób własny… na ułamek sekundy postawiłam go bez pieluchy na podłodze i gdy w następnej chwili spojrzałam na swoje jedno jedyne, wyszczerzyło do mnie czekoladowe kły. Życie matki jest piękne. 



jedna sukienka

uwielbiam ciuchy o wielu twarzach. jedna sukienka ostatnio obskakuje wiele okazji w różnych wariantach: na spacer z młodym w skwarze, na grilla popołudniowo, na wieczorne piwo. przyjemność z takich kombinacji i mniej przydługich zamyśleń przed szafą. tylko pranie częściej obowiązuje, ale przy obecnych temperaturach i tak zaraz wszystko suche, a że materiał niegniotący cudownie, tym większy komfort i swoboda noszenia... 




kolory lata

lubię, lubię, lubię :) 
i słońce i niebo niebieskie i zieleń do zjedzenia i słodycz we wszystkich odcieniach soczysta :) 
i tylko latem tak jest, że aż tak :) 



obcasowi ukłon

Komplet cech fizycznych oraz uwarunkowania historyczne (trzydziestolatki wiedzą, o co chodzi) wtłoczyły mnie dwie dekady temu w martensy a nie szpileczki filigranowe. W efekcie nigdy na obcasie komfortowo chodzić się nie nauczyłam, typem spodniowym pozostałam. Czasem jednak podziw i tęsknota za nóżką wyeksponowaną zawodzą smętnie i łkają a wówczas porywam się na obcas... Wytrzymuję trochę, ale z reguły szybko wracam na ziemię, nawet z wygodnych platform :))) 






szorty DIY

wybielacz wrócił do łask :) 
ech... historia kołem się toczy :) 
i dobrze, bo doświadczenie sprzed 20 lat się przydało. 





strong is new skinny

Skinny nie byłam nigdy. Strong się zdarzało, jednakowoż konsekwentnie zawsze było daleko od skinny. Marzyłam o byciu wątłą drobnokościstą subtelnością, którą nosi się na rękach w naturalnym odruchu, która tonie w swetrze swojego mężczyzny, a każdy ciuch romantycznie otula kibić smukłą, podczas gdy włos długi falujący rozwiewa wiatr, podkreślając eteryczny charakter całości. No nie dało rady. Kościosłup mocny, otulony masą mięsną bardziej Jagienki niż Świtezianki. Wzrost z tych raczej górnych naówczas poziomów w żeńskiej populacji. Jak teraz patrzę na foto z młodości, choć presji na skinny jeszcze się nie czuło, to dużo teraz dałabym za tamto ciało...
Wpisując się w trend better strong than skinny lansowany ponoć przez niektóre gwiazdki hollywood, zawzięłam się i patrząc w lustro postanowiłam, że mimo lat i kilogramów nazbieranych, jeszcze wszystkim pokażę. Pokażę przede wszystkim sobie, że dam radę, a i literalnie pokażę wynik wszem i wobec  :)  i ruszyłam. Dwa razy w tygodniu, żeby się nie zamęczyć ale systematycznie. Śruba jest przykręcana regularnie i po miesiącach kilku nadal pocę się i stękam ale "osiągi" są nieporównywalne do początkowych. Cóż, 25kg...
Jak mawiał Maślana: baj baj maszkaro :) 







before party


Jak się matka uwalnia z pieleszy domowych, to bywa, że czasem trudno jej okiełznać entuzjazm :)




apehanger na piersi


Ciuchy są raczej babską domeną i potwierdza to układ mój rodzinny. Stado nasze trzyosobowe dzieli się na laski, co się stylem jarają (czyli ja), oraz twardzieli, co raczej styl w poważaniu mają niewielkim (czyli oni dwaj). Dla uproszczenia wykluczając klopsa z konkurencji, pozostajemy z M. w wiecznej wzajemnej opozycji w kwestiach ubioru. Bo ja lubię i nie wstydzę się, że lubię. Może nie jestem wystylizowana jak ci, co wyglądają „nie zależy mi zupełnie”, ale dobrze się czuję, jak mi lustro uśmiech satysfakcji serwuje. Tymczasem M. ma swoje ulubione rzeczy, które jeszcze z czasów kawalerskich rewolucję przemysłową pamiętają i jest im wierny. Boje toczą się więc co jakiś czas. Pada sakramentalne pytanie „w co mam się ubrać?” – i ja słyszę na ogół „w co chcesz”, a on słyszy na ogół listę ciuchów wraz z butami i szalikiem i wówczas to ja słyszę „ej, noooo…”.

Jest jednak temat, który samca stylistycznie jara - MOTOR. HD bo przecież inne jednoślady to twory niepełnosprawne. Dlatego i ciuch musi być adekwatny. Mnie temat jara mniej, a już estetyka firmówek HD kładzie mnie na łopatki. Nie lubię różu i kryształków nawet jeśli się układają w czaszki. Usiłuję jednak czasem wejść w konwencję dziewczyny harleyowca i zbieram stosowne elementy garderoby z entuzjazmem tym większym, im bardziej są one nieoczywiste.

No i tu właśnie do pointy się zbieram, bo nabyłam bluzkę, co mi radość sprawiła ogromną. T-shirt za dwa zyla - dobrej jakości z czadowym nadrukiem miał jedną wadę: naderwaną bawełnę przy metce na karku. No i leżał dość banalnie bo fason unisex nieforemny. W takich sytuacjach uwalniam wewnętrznego kamikaze i pozwalam sobie na nieodwracalne akcje szwalniczo-destrukcyjne. Urypałam ściągacz przy szyi, przecięłam wykończenia na rękawach i na dolnym brzegu. Przy szyi zrobiła się miękka łódeczka a na pozostałych krawędziach podwójne ruloniki. Popularność zmiętolonej rozciągniętej bawełny jest po mojej stronie i bluzka nabrała stylowego „łacha” charakteru. 
I tyle gadania – oto klasyczny apehanger na piersi mej :)






koniec na początek

blog prowadzę już prawie dwa lata. nie było planu, a właściwie był jakiś taki skromny, kameralny, mój. a się rozeszło, rozhulało, rozszalało. i w pewnym momencie z mojej perełki niepostrzeżenie hydra wylazła. a bo to czasu nagle zabrakło na pisanie i upychać zaczęłam w sumie to, co mnie w innych blogach irytowało. mimo, że zawsze pisałam o produktach jakoś mi bliskich, to jednak proporcje padły na ryj i faktycznie bliżej mi się do słupa zrobiło. dziękuję anonimom, jak zawsze życzliwym, że kubeł pomyj zaliczyłam i trochę mnie to zdyscyplinowało. 
na nowy początek, koniec produktówki. i wracam do fotek. wprawdzie poniżej będzie dowód, jak trudno jest bezszkodowo zrobić sobie foty, gdy dziecię wokół szaleje, ale będę próbować i nad jakością zdjęć też popracuję. ale nie będę się bawić w szafiarskie wygibasy, tylko wracając do korzeni bloga, dokumentację robić sobie będę na starość, jak to sobie czasem na co dzień wyglądam i co po głowie mi chodzi... i tak to właśnie :) 




SPA z kokosem i migdałami

Nazwa SPA wywodzi się z języka łacińskiego i oznacza "Sanus Per Aquam", czyli "Zdrowie przez Wodę". Filozofia SPA opiera się na założeniu, że woda jest tym dla ciała, czym marzenia dla duszy - może ukoić lub pobudzić do aktywności, może relaksować lub stymulować do działania. SPA to spokój ciała i ducha - odpowiednie zabiegi pomagają zrelaksować zarówno zmęczone ciało, jak i ukoić zmysły. Idea SPA łączy rozmaite sposoby pielęgnacji poprzez odpowiednio dobrane zabiegi, najczęściej oparte na terapiach wodnych i masażach. Programy pielęgnacyjne SPA dbają nie tylko o właściwą kondycję całego ciała (nawilżanie, odżywianie i ujędrnianie skóry), ale i umysłu (relaks, odstresowywanie, pobudzenie lub spokój). 
* na podstawie moda.pl.

Matka człowieka, który biega i zaczyna forsować własne zdanie przy każdej możliwej okazji, jest tak daleka od spokoju ciała i ducha, jak tylko granica poczytalności jej to wyznacza. 14 zębów w 15 miesięcy, nauka biegania po schodach, samodzielne próby używania sztućców, ściąganie produktów z półek sklepowych w tempie przewyższającym możliwości matki jeśli chodzi o ich ponowne ustawianie, wyrzucanie zabawek przez balkon z 11 piętra to niektóre z elementów mojej codzienności. SPA jest dość abstrakcyjnym marzeniem sennym, które pamiętam z poprzedniego wcielenia… czasem wyrywam się do fryzjera czy nawet do kosmetyczki, ale na prawdziwy relaks dla ciała i zmysłów to jednak ciut za mało. Wyszarpane codzienności chwile bez potomka są cudowne i celebruję je egoistycznie.

Koleżanka dała mi prezent: zestaw kosmetyków: „Zrób sobie SPA…” Sceptyczna byłam, bo kosmetyki marki, po którą nie sięgnęłabym z własnej inicjatywy. Oldskulowe opakowania, marka taka z dawnych czasów i jakoś nie moja bajka. Nie, żebym snobistycznie nadęta była kosmetycznie, bo sięgam czasem po tanie rozwiązania i po wielokroć przekonałam się, że lepszej jakości bywają niż wielkie brandy, ale mam swoje przyzwyczajenia i stereotypy też gdzieś głęboko siedzą. A tu niespodzianka: Ewa Natura Therapy na bazie olejku kokosowego i mleczka migdałowego… oniemiałam, jak spróbowałam. Cała linia absolutnie pięknie pachnie. Oczywiście trzeba lubić słodki aromat, ale u mnie trafiło w czuły punkt. Dwa produkty na stałe wchodzą do moich codziennych przyjemności: peeling cukrowy do ciała (oparty na naturalnych olejach: kokosowym, winogronowym i brzoskwiniowym oraz kryształkach cukru trzcinowego) i masło do ciała z tej samej serii. W duecie „robią robotę”. Po prysznicu z peelingiem właściwie nie ma konieczności używania niczego nawilżającego, bo ciało jest fantastycznie miękkie i okryte delikatnym filmem, jaki zostawiają olejki. Jednak dodatkowa warstwa masła po prysznicu daje efekt skóry zrelaksowanej, gładkiej, nawilżonej i napiętej. Brzmi banalnie, ale czego więcej trzeba? Masło jest bardzo wydajne, choć chciałoby się mazać i mazać i mazać bo zapach i konsystencja sprawiają dużo przyjemności… 

Pozostałe produkty z linii to żel pod prysznic, szampon i maska do włosów. Żelu używam niewiele – jest miły, choć niezbyt się pieni i mam wrażenie, że lekko wysusza, ale moja skóra ma tendencję do wysychania, więc nie jest to szczególne odstępstwo od norm żelowych. Szamponu fanką nie zostałam, bo moje włosy przy intensywnym kolorze wymagają specjalistycznej pielęgnacji. Włosy pachną pięknie i są miękkie ale miałam wrażenie, że kolor spływa przy każdym myciu. Uzupełnieniem jest maska, która szybko wygładza włosy i nadaje im miękkość ale pewnie bardziej będzie pasować właścicielkom dłuższych i bardziej obfitych fryzur - u mnie „spuszczała powietrze”. Podsumowując: kokosy z migdałami są przemiłe i zaskakują. Peeling i masło absolutnie polecam jako pewniaka, resztę serii można „pomacać” bo każdemu może smakować co innego.





"W" herbatę

Z pieluchami to jest tak, że dobre są te, których się nie zauważa. Są miękkie, lekkie, elastyczne, łatwo się zapinają, nie uciskają, nie puszczają bokami, nie przeciekają, nie śmierdzą i ogólnie jakoś tak działają, jak trzeba po prostu. Zdawać by się mogło, że przecież o to chodzi z założenia i każdy producent powinien w logiczny sposób dążyć do zaspokojenia oczywistych potrzeb dziecka i matki, ale okazuje się, że nie wszyscy widocznie mają te same kryteria i pieluchy na rynku są skrajnie różne. Nie będzie zestawienia ani porównań bo śmieszą mnie tego typu rankingi i czasu mi na to szkoda, ale próbowaliśmy już różnych wersji pieluchowych i ciągle wracamy do jednej marki, która spełnia wszystkie nasze postulaty i tyle.

Tymczasem otrzymaliśmy do spróbowania pieluszki, o których wcześniej nic nie słyszałam. Ciekawostka. Koncept oryginalny i zaskakujący. Pieluszki zawierają warstewkę zielonej herbaty! Producent powołuje się na jej dobroczynne właściwości wykorzystywane w medycynie wschodu: „ekskluzywna warstwa pieluszek GREENTY z liści zielonej herbaty zapewnia skuteczną ochronę przeciw swędzeniu, podrażnieniom i wysypce, hamując aktywność bakterii i grzybów. Dzięki specjalnej technologii zdrabniania i suszenia zielona herbata użyta w produkcji naszych pieluszek GREENTY przejawia swoje wyjątkowe właściwości już przy 30°C. Zielona herbata posiada przyjemny aromat. Działając na węch dziecka, pozwala mu się rozluźnić i sprzyja zdrowemu snu.”

Na stronie producenta takich chwytliwych komunikatów jest sporo. Zbija mnie z tropu niezmiennie hasło: Nawet dziecko może zrobić herbatę! Według mnie w tym kontekście hasło powinno brzmieć: Nawet dziecko może zrobić W herbatę! Ale nie będę się naigrywać bo o pieluszkach a nie marketingu miałam napisać...

Faktycznie pieluszki są miękkie, lekkie i wygodne. S. przeżywa właśnie apogeum swej ruchliwości i spisały się dzielnie jeśli chodzi o pozostawanie na miejscu właściwym podczas jego gimnastycznych ewolucji. Mają niedrapiące rzepy, elastyczny tył na pleckach i ogólnie niczym nie ustępują marce, której używamy codziennie. Nie wiem, czy to siła sugestii, czy zwykły zbieg okoliczności, ale noce z herbatą były dłuższe :) S. spał dłużej niż zwykle… Nie sądzę, żeby akurat zioło w gaciach aż tak mi gościa zaprogramowało… może jestem niedowiarkiem, ale nie łączę tych faktów mimo zapewnień producenta. Jedyna wtopa, jaką zaliczyły pieluchy to boczny przeciek gęstego po spacerze - S. wywijał niezłe koziołki z ładunkiem w spodniach i ładunek się wydostał. Być może sytuacja była najzwyczajniej nie do opanowania ale trafiło akurat na te pieluchy, więc donoszę… ale tylko raz! Jeśli chodzi o reakcje skóry młodego, to nie zanotowaliśmy żadnych zmian: normalnie, różowo, gładko i prawidłowo. Czyli dobrze :).

Ogólnie herbaciane pieluchy wypadły bardzo w porządku. Nie spodziewałam się, ale muszę przyznać, że gdyby były w moim sklepie pod domem to pewnie zaczęłabym je stosować zamiennie z obecnymi. Zwłaszcza na noc :)